— Wasz teść wziął jedenaście tysięcy sześćset złotych od ludzi śpiących dziś w moich sypialniach.
— To nie ja wystawiałam ogłoszenie!
— Ale wiedziałaś.
— Wiedziałam o paru wynajmach!
— I powiedziałaś sobie, że to wystarczy?
— Powiedziałam sobie, że dom i tak kiedyś będzie mój!
Zapadła cisza.
Natalia natychmiast pożałowała tych słów.
Zobaczyłam to w jej twarzy.
Ja jednak nie potrafiłam ich już odzobaczyć.
— Czyli właśnie o to chodziło.
— Nie.
— Sama to powiedziałaś.
— Źle zabrzmiało.
— Zabrzmiało dokładnie tak, jak Ryszard dziś rano.
Usiadłam naprzeciwko niej.
— Pokaż dokumenty.
— Jakie?
— Te od notariusza.
— Nie mam ich tutaj.
— Przed południem powiedziałaś, że masz.
— Myślałam, że mam.
— Natalia.
— Tomek je zabrał.
— Dokąd?
— Nie wiem.
— Gdzie on jest?
— Powiedziałam ci, że coś załatwia.
— Co?
Nie odpowiedziała.
Mój telefon zawibrował.
Andrzej Mirecki.
Przez moment wahałam się, czy odbierać.
— Halo?
— Pani Elżbieto, przepraszam, że dzwonię w takim momencie. Rozmawiałem z pani pośredniczką.
— Rozumiem, jeśli rezygnuje pan z oglądania.
— Nie o to chodzi.
Spojrzałam na Natalię.
— Więc o co?
— Wczoraj, zanim się spotkaliśmy, zadzwonił do mnie pewien mężczyzna.
Serce zabiło mi szybciej.
— Jaki mężczyzna?
— Przedstawił się jako Tomasz Halecki.
Mąż Natalii.
— Co powiedział?
Andrzej zawahał się.
— Że nie powinna pani sprzedawać tego domu, bo część nieruchomości formalnie należy do państwa Haleckich.
Spojrzałam na córkę.
— I co jeszcze?
— Że jeśli złożę ofertę, transakcja może zostać zakwestionowana.
Nie spuszczałam wzroku z Natalii.
— Dlaczego nie powiedział mi pan tego rano?
— Bo byłem przekonany, że to element jakiegoś konfliktu spadkowego, który pani wyjaśni. Po tym, co zobaczyłem dziś na miejscu, uznałem, że powinna pani wiedzieć.
— Dziękuję.
— Mam jeszcze numer, z którego dzwonił. Jeśli będzie potrzebny…
— Proszę wysłać.
Odłożyłam telefon.
Natalia była blada.
— Tomek dzwonił do kupca.
Nie zaprzeczyła.
— Wiedziałaś?
— Nie.
— Nie kłam.
— Naprawdę nie wiedziałam.
Tym razem jej uwierzyłam.
Nie dlatego, że ufałam jej tak jak wcześniej.
Po prostu wyglądała na równie zaskoczoną jak ja.
— Dlaczego miałby to zrobić?
— Bo nie chciał, żebyś sprzedała.
— Dlaczego?
— Mówiłam. Uważa, że dom…
— Nie pytam, co uważa. Pytam, dlaczego posunął się do straszenia człowieka wadą prawną nieruchomości.
Natalia usiadła.
Zaczęła płakać.
Nie teatralnie.
Cicho.
Patrzyła na stół.
— Bo potrzebujemy pieniędzy.
— Jakich pieniędzy?
— Dużych.
— Ile?
— Około trzystu osiemdziesięciu tysięcy.
Przez chwilę byłam pewna, że źle usłyszałam.
— Trzystu osiemdziesięciu?
Przytaknęła.
— Skąd?
— Firma Tomka.
Tomek prowadził małą firmę montującą instalacje fotowoltaiczne i pompy ciepła. Przez kilka lat radził sobie dobrze. Kupił dwa samochody dostawcze, wynajął halę pod Niepołomicami, zatrudniał pięciu ludzi.
Widziałam, że ostatnio był nerwowy.
Nie wiedziałam dlaczego.
— Co się stało?
— Wziął kilka zaliczek na duże zlecenia. Potem jeden dostawca upadł. Musiał kupić sprzęt drugi raz drożej. Część klientów odstąpiła od umów. Poszły zwroty. Do tego leasingi.
— I Ryszard wiedział?
— Od początku.
To miało sens.
Ryszard był księgowym przed emeryturą.
Lubił mówić ludziom, jak powinni prowadzić swoje życie.
— Ile pieniędzy Ryszard przekazał wam z wynajmu mojego domu?
Natalia przetarła oczy.
— Nie wiem dokładnie.
— Wiesz.
— Mamo…
— Wiesz.
— Około osiemdziesięciu tysięcy.
Poczułam ciepło w twarzy.
— W jakim czasie?
— Od zeszłego lata.
— Czyli nie „kilka wynajmów”.
— Nie znałam wszystkich.
— Ale brałaś pieniądze.
— Tak.
— Wiedząc, skąd pochodzą.
— Tak.
Pierwszy raz tego dnia powiedziała po prostu prawdę.
Nie poczułam ulgi.
Prawda nie zawsze przynosi ulgę.
Czasem tylko odbiera ostatnią możliwość łagodnego wytłumaczenia czyjegoś zachowania.
— Dokumenty — powiedziałam.
— Naprawdę ich tu nie ma.
— W takim razie jutro jedziemy do notariusza.
— Jutro jest niedziela.
— W poniedziałek.
— Mamo…
— W poniedziałek o dziewiątej będę przed kancelarią. Możesz przyjechać albo nie. Ale ja się dowiem, co podpisałam.
Wstałam.
Natalia złapała mnie za rękę.
— Nie zgłaszaj tego jeszcze na policję.
Spojrzałam na jej palce.
— Dlaczego?
— Bo Tomek może wszystko naprawić.
— Co dokładnie?
— Oddać pieniądze.
— Skąd?
Puściła mnie.
Nie odpowiedziała.
Wtedy zrozumiałam coś jeszcze.
Oni nie bali się przede wszystkim policji.
Bali się sprzedaży domu.
Bo sprzedaż zabierała im coś, co już w myślach podzielili między siebie.
W poniedziałek rano o ósmej pięćdziesiąt stałam pod kancelarią notarialną.
Natalia przyjechała cztery minuty później.
Bez Tomka.
— Gdzie jest?
— Nie odbiera ode mnie.
— Od kiedy?
— Od wczoraj wieczorem.
To już było nowe.
Nie znałam Tomka jako człowieka uciekającego.
Był nerwowy, ambitny, czasem zbyt pewny siebie, ale dotychczas nie uważałam go za tchórza.
W kancelarii przyjęła nas asesor notarialna. Notariusz Marta Bielecka miała spotkanie poza biurem.
Powiedziałam, że chcę wypis aktu poświadczenia dziedziczenia i wszystkich dokumentów, które podpisywałam sześć lat wcześniej.
Po okazaniu dowodu osobistego i krótkim oczekiwaniu dostałam kopie.