— Bo firma zaczęła tonąć.

— Ile wziąłeś?

— Nie wiem.

— Wiesz.

— Około stu tysięcy.

Natalia spojrzała na niego.

— Powiedziałeś mi osiemdziesiąt.

— Bo część oddawałem ojcu.

— Za co?

— Za obsługę.

Zaśmiałam się.

Nie mogłam się powstrzymać.

— Obsługę kradzieży?

Tomek uderzył dłonią w kolano.

— Wiem, że to wygląda fatalnie.

— Nie „wygląda”. Jest.

— Miałem to oddać.

— Z czego?

— Gdyby firma stanęła na nogi…

— Nie stanęła.

Pochylił głowę.

— Nie.

Natalia siedziała nieruchomo.

— Powiedz jej o sprzedaży.

Spojrzałam na Tomka.

— Jakiej sprzedaży?

— Domu.

— Wiem, że dzwoniłeś do Mireckiego.

— Nie o to chodzi.

Poczułam niepokój.

— To o co?

Tomek wstał.

Podszedł do okna.

— Ojciec miał inny plan.

Natalia powiedziała:

— Chcieli cię przekonać, żebyś sprzedała dom konkretnej osobie.

— Komu?

— Znajomemu Ryszarda.

Tomek odwrócił się.

— Dariuszowi Wronie.

Nazwisko nic mi nie mówiło.

— Kto to?

— Ma pensjonaty. Kupuje nieruchomości pod wynajem krótkoterminowy.

— I?

— Ojciec rozmawiał z nim od kilku miesięcy.

— O moim domu?

Przytaknął.

— Za ile?

— Mówił o milionie trzystu.

Prawie wstałam.

Dom był wystawiony za milion osiemset dziewięćdziesiąt tysięcy.

Andrzej rozważał ofertę w okolicach miliona siedmiuset.

— Ryszard chciał, żebym sprzedała za pół miliona mniej?

— Wrona miał zapłacić część oficjalnie, a część…

Urwał.

— A część?

— Ojcu.

W salonie zrobiło się cicho.

— Ile?

— Sto pięćdziesiąt tysięcy.

Natalia zamknęła oczy.

Nie wiedziała o tym.

Widziałam.

— Czyli twój ojciec nie tylko wynajmował mój dom. Chciał jeszcze zarobić na jego sprzedaży.

— Tak.

— A ty?

— Ja chciałem, żebyś nie sprzedawała wcale.

— Dlatego zadzwoniłeś do Andrzeja.

— Tak.

— Bo dopóki dom był mój, mogliście dalej go wynajmować.

— Nie.

— Nie?

— Bo gdybyś sprzedała Wronie, ojciec dostałby pieniądze. A ja miałem u niego dług.

Teraz dopiero zaczęłam rozumieć.

— Jaki dług?

Tomek usiadł.

— Ojciec pożyczył mi sto dwadzieścia tysięcy.

— Kiedy?

— Półtora roku temu.

— Natalia wiedziała?

— O połowie.

Natalia zaczęła płakać.

— Ty mi powiedziałeś, że sześćdziesiąt.

— Bo reszta była później.

— Znowu kłamałeś.

— Bałem się.

— Czego?

— Że odejdziesz.

Natalia spojrzała na niego tak, jak ja patrzyłam na Ryszarda w moim salonie.

Nie jak na wroga.

Jak na kogoś obcego, kto niespodziewanie ma twarz człowieka, którego znało się od lat.

Tomek mówił dalej:

— Ojciec powiedział, że jak pomoże przy sprzedaży, uzna mój dług za spłacony.

— Czyli chciał dostać swoją prowizję, a potem wyczyścić wasze zobowiązania względem siebie.

— Tak.

— Za moje pieniądze.

Nie odpowiedział.

To było tak proste, że aż obrzydliwe.

Ryszard uważał, że skoro dom kiedyś prawdopodobnie odziedziczy Natalia, to już dziś jest rodzinnym zasobem, którym wolno mu obracać.

Tomek był zadłużony.

Natalia spanikowana.

Każde z nich przesunęło granicę o kawałek.

Najpierw klucz.

Potem kod.

Potem jeden wynajem.

Potem kilka.

Potem pieniądze.

Potem dokument.

Na końcu planowana sprzedaż.

Nikt z nich nie obudził się pewnego ranka z pomysłem: „Okradnijmy Elżbietę”.

I właśnie to było najgorsze.

Każdy krok wydawał im się wystarczająco mały, by go sobie wytłumaczyć.

— Kto podrobił podpis? — zapytałam.

Tomek wpatrywał się w podłogę.

— Ojciec przyniósł dokument gotowy.

— Wiedziałeś, że jest fałszywy?

— Na początku nie.

— A później?

Dłuższa cisza.

— Zacząłem podejrzewać.

— Kiedy?

— Kiedy powiedziałaś Natalii, że chcesz sprzedać.

— Dlaczego wtedy?

— Bo zapytałem ojca, czy pełnomocnictwo pozwala nam blokować sprzedaż. Powiedział, że nie.

— I?

— Powiedział też, że gdybyś kiedykolwiek zaczęła grzebać w papierach, mamy mówić, że po śmierci Marka nie pamiętasz wszystkiego.

Zrobiło mi się niedobrze.

Przypomniałam sobie pierwszą rozmowę w domu.

„Może zwyczajnie nie pamiętasz”.

To nie była spontaniczna złośliwość.

To była przygotowana wersja.

— Czy Natalia o tym wiedziała?

— Nie.

Spojrzałam na córkę.

Ona również patrzyła na niego.

— Przysięgam — powiedziała. — O tym nie wiedziałam.

Uwierzyłam.

Ale wiara nie oznaczała przebaczenia.

Ona nadal korzystała z pieniędzy.

Nadal nie zadawała pytań.

Nadal pozwoliła sobie uwierzyć, że przyszły spadek usprawiedliwia dzisiejsze korzystanie z cudzej własności.

— Ryszard wie, że rozmawiacie ze mną?

Tomek pokręcił głową.

— Nie.

— Czy masz wiadomości od niego dotyczące domu?

Zbladł.

— Mam.

— Pokaż.

— Policja pewnie i tak zabierze telefon.

— Pokaż teraz.

Wyjął urządzenie.

Przewijał rozmowę z ojcem.

Było tego mnóstwo.

„Goście 12–15 lipca, 8 400.”

„Ela podobno znowu nie jedzie, można wrzucić sierpień.”

„Nie gadaj Natalii o gotówce.”

„Kupca trzeba zniechęcić, zanim złoży coś na papierze.”

I wiadomość sprzed czterech miesięcy:

„Wrona bierze przy 1,3. Jak Ela zacznie marudzić, powiemy, że tyle realnie warte bez remontu dachu”.

Dach był po remoncie.

Sfinansowałam go dwa lata wcześniej.

Ryszard o tym wiedział.

Kolejna wiadomość:

„Najważniejsze, żeby nie sprawdzała księgi i pełnomocnictwa”.

Przeczytałam ją dwa razy.

— Księgi?

Tomek uniósł głowę.

— Nie wiem, co miał na myśli.

Właśnie wtedy mój telefon zadzwonił.

Mecenas Maj.