— Klucze — powiedziałam do Ryszarda.

— Jakie?

— Do domu.

— Przecież ty też masz.

— Wszystkie kopie, które pan posiada.

Roześmiał się.

— Nie wygłupiaj się.

— Klucze.

— Natalia mi je dała.

— Natalia nie miała prawa ich panu przekazywać.

— Naprawdę chcesz robić awanturę o klucz?

— Nie. Robię awanturę o włamanie do mojego życia.

To go uciszyło.

Na chwilę.

Potem wyciągnął z kieszeni pęk kluczy i położył go na komodzie.

Były tam trzy.

Do głównych drzwi.

Do garażu.

Do bocznego wejścia od strony pomostu.

Miał więcej dostępu do mojego domu, niż przypuszczałam.

— Kod do alarmu — dodałam.

— Nie znam.

Paulina spojrzała na niego.

— Przecież wysłał nam pan kod.

Wyraz jego twarzy był bezcenny.

— Jaki kod? — zapytałam.

Paulina odczytała cyfry.

Znałam ten kod.

Była to data urodzin Marka.

Natalii również go znała.

Poczułam pierwszy prawdziwy chłód.

Nie chodziło już o Ryszarda.

Żeby dostał klucze, ktoś musiał mu je dać.

Żeby znał kod alarmu, ktoś musiał mu go podać.

Żeby miał zdjęcia wnętrza, ktoś musiał wejść do domu albo dostać je od osoby, która je posiadała.

A żeby wierzył, że nieruchomość „właściwie należy już do nich”, ktoś musiał mu to powiedzieć.

Moją pierwszą reakcją był gniew na niego.

Drugą — strach przed odpowiedzią na pytanie, jak bardzo zaangażowana była moja własna córka.

Po godzinie Ryszard odjechał.

Nie dlatego, że chciał.

Powiedziałam mu po prostu, że nie ma zgody na pozostawanie na posesji.

W drodze do samochodu rzucił:

— Jeszcze będziesz mnie przepraszać.

Nie odpowiedziałam.

Kiedy zamknęła się za nim furtka, Paulina podeszła do mnie.

— Wie pani, że my nie jesteśmy pierwszymi?

Poczułam ucisk pod żebrami.

— Skąd pani wie?

Pokazała mi wiadomość.

Dwa tygodnie wcześniej zapytała Ryszarda, czy dom ma dobre ogrzewanie podłogowe, bo jechali z małym dzieckiem znajomych.

Odpisał:

„Nie było żadnych skarg. W zeszłym sezonie mieliśmy ponad dwadzieścia pobytów”.

Dwadzieścia.

Usiadłam.

— Może przesadzał — powiedziała szybko Paulina.

Ale obie wiedziałyśmy, że to mało prawdopodobne.

Przez następne pół godziny przeglądałam przesłaną przez nią korespondencję.

W jednej wiadomości Ryszard zachwalał „nową łazienkę po remoncie”.

Łazienkę wyremontowałam dwa lata wcześniej za własne pieniądze.

W innej pisał:

„Właściciele mieszkają daleko i zostawili wszystko mnie”.

Mieszkałam w Krakowie.

Nie na drugim końcu świata.

Nie byłam niedostępna.

Po prostu nikt do mnie nie zadzwonił.

Po południu pojechałam do domu Natalii i Tomka w Wieliczce.

Natalia otworzyła mi dopiero po drugim dzwonku.

Miała trzydzieści pięć lat, ciemne włosy związane w niedbały kucyk i ten sam zwyczaj co w dzieciństwie: kiedy się stresowała, zaciskała kciuk w dłoni.

Robiła to właśnie teraz.

— Gdzie Tomek?

— W pracy.

— Jest sobota.

— Pojechał coś załatwić.

Weszłam.

Na stole stały dwie filiżanki po kawie.

Jedna należała do niej.

Druga była jeszcze ciepła.

— Kto tu był?

— Nikt.

Dotknęłam filiżanki.

— Natalia.

Odwróciła wzrok.

— Tata Tomka.

A więc Ryszard przyjechał przed mną.

Oczywiście.

— Przyjechał ci powiedzieć, jaką wersję mamy ustalić?

— Nie mów tak.

— Więc po co przyjechał?

— Bo jest zdenerwowany.

— Tym, że został złapany?

— Mamo, on naprawdę uważał, że ma zgodę.

— Od kogo?

Natalia nic nie powiedziała.

Wyciągnęłam telefon.

Pokazałam jej wiadomość o dwudziestu pobytach.

Jej twarz drgnęła.

— Wiedziałaś?

— Nie o tylu.

To była odpowiedź.

Nie „nie”.

„Nie o tylu”.

— O ilu wiedziałaś?

Usiadła przy stole.

— Kilku.

— Ile to jest „kilku”?

— Nie wiem. Pięć? Sześć?

— Płacili prawie trzy tysiące za dobę.

— Nie zawsze.

— Skąd wiesz?

Podniosła na mnie wzrok.

W pokoju zrobiło się tak cicho, że słyszałam lodówkę.

— Bo czasem Ryszard mówił.

— Ile wam dawał?

— Mamo…

— Ile?

— To nie wyglądało tak, jak myślisz.

— W takim razie powiedz, jak wyglądało.

— Najpierw chodziło tylko o koszty. Podatek, prąd, sprzątanie, takie rzeczy.

— Koszty płaciłam ja.

— Ale mówiłaś, że dom jest obciążeniem.

— To nie jest zgoda na wynajem.

— Wiem.

— Wiedziałaś wtedy?

Tym razem nie odpowiedziała od razu.

Właśnie ta zwłoka bolała najbardziej.

— Chciałam ci powiedzieć.

— Kiedy?

— Kiedy już wszystko się uspokoi.

— Co dokładnie miało się uspokoić?

W jej oczach pojawiły się łzy.

Nie zrobiły na mnie wrażenia.

Może dlatego, że sama byłam zbyt wściekła.

— Tomek miał problemy w firmie.

Poczułam, że dochodzimy do właściwego miejsca.

— Jakie?

— Stracił dwóch dużych klientów. Mieliśmy kredyt, leasing, raty za sprzęt. Potem przyszła korekta z urzędu skarbowego.

— Ile?

— Co ile?

— Długu.

— To nie twój problem.

— Jeżeli spłacaliście go pieniędzmi z mojego domu, to jest również mój problem.

Natalia wstała.

— Nie spłacaliśmy go z twojego domu.

— Przed chwilą powiedziałaś, że Ryszard dawał wam pieniądze.

— Czasem pomagał.

— Za co?

— Po prostu pomagał.

— Natalia, przestań mnie traktować jak idiotkę.

Uderzyła dłonią w stół.

— A ty przestań zachowywać się, jakbyśmy chcieli cię okraść!