Usiadłyśmy z Natalią przy małym stoliku.

Czytałam każdą stronę wolno.

Po Marku dziedziczyłyśmy obie.

W skład spadku wchodziła część rachunku, samochód oraz udział w nieruchomości nad Jeziorem Rożnowskim.

Marek posiadał połowę domu.

Druga połowa należała już do mnie.

Po jego śmierci dziedziczyłyśmy jego połowę po równo.

Oznaczało to, że przez chwilę ja miałam trzy czwarte domu, a Natalia jedną czwartą.

Potem znalazłam kolejny dokument.

Umowę działu spadku.

Czytałam dwa razy.

Natalia przeniosła na mnie swój udział.

Nieodpłatnie.

Dokładnie tak, jak pamiętałam.

Stałam się jedyną właścicielką nieruchomości.

Spojrzałam na córkę.

— Widzisz?

Była wyraźnie zdezorientowana.

— Tomek mówił, że było inaczej.

— Co mówił?

— Że przeniosłam udział tylko czasowo.

— Jak można czasowo przenieść własność domu?

— Nie wiem. Nie znam się na tym.

Asesor notarialna, która siedziała kilka metrów dalej, udawała, że nas nie słyszy.

Zniżyłam głos.

— Na czym dokładnie opierał swoją wersję?

— Miał kopię jakiegoś dokumentu.

— Jakiego?

— Nie wiem.

— Widziałaś go?

— Tak, ale dawno.

— Co w nim było?

Zamyśliła się.

— Chyba pełnomocnictwo.

Poczułam niepokój.

— Czyje?

— Twoje.

Od razu podeszłam do biurka.

— Czy w dokumentach z tamtego dnia znajduje się jakiekolwiek pełnomocnictwo udzielone przeze mnie córce albo jej mężowi?

Kobieta sprawdziła akta.

— Nie.

— A komuś innemu?

— W tej teczce nie.

— Czy mogą istnieć inne dokumenty sporządzone w tej kancelarii na moje nazwisko?

— Mogę sprawdzić repertorium.

Zajęło jej to kilka minut.

— Nie widzę późniejszego pełnomocnictwa.

— A wcześniejszego?

— Jest jedno.

Serce przyspieszyło.

— Dla kogo?

— Dla pani męża, Marka Krajewskiego. Sprzed kilkunastu lat. Dotyczyło działki w Krakowie.

Nic wspólnego z Natalią.

Nic wspólnego z Tomkiem.

Nic wspólnego z domem.

Wyszłyśmy na ulicę.

Natalia milczała.

— Chcę zobaczyć ten dokument, który miał Tomek.

— Nie wiem, gdzie go trzyma.

— Mieszkasz z nim.

— On część papierów ma w firmie.

— Jedziemy.

— Mamo…

— Natalia, twój mąż dzwonił do potencjalnego kupca i próbował zablokować sprzedaż nieruchomości, która do niego nie należy. Twój teść od miesięcy zarabiał na tej nieruchomości. A teraz słyszę, że gdzieś istnieje rzekome pełnomocnictwo wystawione przeze mnie. Jedziemy.

Pojechałyśmy do hali Tomka.

Brama była otwarta, choć jego samochodu nie było.

W środku siedział jeden pracownik, Krzysiek.

Znałam go z rodzinnego grilla.

— Pani Elu? Tomek jest u klienta.

— Wiesz gdzie?

— Nie.

Natalia zapytała o dokumenty firmy.

Krzysiek wskazał zamknięty gabinet.

— Klucz ma Tomek.

Natalia wyciągnęła swój pęk.

Jednym z kluczy otworzyła drzwi.

Spojrzała na mnie.

— Dał mi go kiedyś, jak zostawił dokumenty do księgowej.

Gabinet wyglądał jak miejsce człowieka, który przestał nad czymkolwiek panować.

Faktury w stosach.

Dwa monitory.

Kubki po kawie.

Monity z banku.

Pisma od leasingodawcy.

Nie musiałam czytać wszystkiego, żeby zobaczyć skalę problemu.

Natalia stała przy drzwiach.

— Szukamy tylko dokumentu dotyczącego ciebie.

Otworzyłam pierwszą szufladę.

Potem drugą.

W trzeciej leżała teczka opisana markerem:

„ROŻNÓW”.

Spojrzałyśmy na siebie.

W środku były wydruki zdjęć domu.

Kopie rachunków za energię.

Kilka potwierdzeń rezerwacji.

Lista terminów.

Nazwiska.

Kwoty.

Przy niektórych dopiski: „gotówka”.

Przy innych: „R.H.”

Ryszard Halecki.

Policzyłam pobieżnie.

Nie dwadzieścia pobytów.

Trzydzieści jeden.

Łącznie ponad sto siedemdziesiąt tysięcy złotych.

Natalia usiadła na krześle.

— On mówił, że to było dużo mniej.

— Ryszard?

— Tomek.

Pod spodem znalazłam kolejną kartkę.

Tabelę zatytułowaną „Rozliczenie R”.

Kolumna pierwsza: przychód.

Kolumna druga: sprzątanie.

Kolumna trzecia: prowizja Ryszarda.

Kolumna czwarta: „T”.

To było jasne.

Ryszard zatrzymywał część.

Resztę przekazywał Tomkowi.

— Oszukiwał też ciebie — powiedziałam.

Natalia patrzyła nieruchomo.

Nie sądzę, żeby mnie słyszała.

W dolnej części teczki znajdowała się przezroczysta koszulka.

A w niej dokument.

Pełnomocnictwo.

Moje nazwisko.

Mój numer PESEL.

Adres.

Dane domu.

Przeczytałam pierwsze zdanie.

„Ja, Elżbieta Krajewska, udzielam Tomaszowi Haleckiemu pełnomocnictwa do zarządzania nieruchomością…”

Dalej było między innymi zawieranie umów najmu, pobieranie opłat, reprezentowanie mnie wobec usługodawców i podejmowanie decyzji związanych z bieżącą eksploatacją.

Podpis na dole wyglądał jak mój.

Natalia szepnęła:

— To ten dokument.

Patrzyłam na podpis.

Kiedyś używałam bardziej rozbudowanego zawijasa w literze „K”. Po śmierci Marka zaczął się upraszczać.

Ten podpis był starym stylem.

Jak sprzed dziesięciu lat.

Data na dokumencie: trzy lata wcześniej.

— Ja tego nie podpisałam.

Natalia nic nie powiedziała.

— Słyszysz?

— Słyszę.

— Nigdy tego nie podpisywałam.

Wzięłam dokument pod światło.

Na górze widniało logo kancelarii prawnej.

Nie notarialnej.

Kancelaria „Halecki i Partnerzy”.

Nazwisko mnie uderzyło.

— To jakaś rodzina?

Natalia pokręciła głową.

— Nie. Zbieżność nazwisk. Chyba.

Numer telefonu był lokalny.

Zrobiłam zdjęcia każdej strony.

Potem wyjęłam dokument z koszulki.

— Zabieram go.

Natalia odruchowo zaprotestowała.

— To dokument Tomka.

— To dokument z podrobionym moim podpisem.

Nie dyskutowała.

Dopiero kiedy wychodziłyśmy, Krzysiek dogonił nas przed halą.

— Pani Elu?

Odwróciłam się.

— Ja nie chcę się mieszać.

Tak zwykle zaczynają ludzie, którzy właśnie zamierzają powiedzieć coś ważnego.

— Ale?

— Pan Ryszard kilka razy tutaj był.

Natalia spojrzała na niego.

— Kiedy?