CZĘŚĆ 1
Mężczyzna stojący przy kominku uśmiechnął się, jakbym to ja pomyliła adres.
— Spokojnie, Elżbieta — powiedział. — Natalia mówiła, że ten dom właściwie należy już do nich.
Patrzyłam na Ryszarda Haleckiego, teścia mojej córki, a siedmioro obcych ludzi odwróciło się w moją stronę z kieliszkami w dłoniach.
Nikt się nie odezwał.
Z głośnika ustawionego na kuchennym blacie nadal płynęła cicha muzyka. Po kilku sekundach jakaś kobieta podeszła i ją wyłączyła.
Ryszard nie ruszył się spod kamiennego kominka. Miał beżowe spodnie, granatową pikowaną kamizelkę i minę człowieka, któremu ktoś niepotrzebnie komplikuje dobrze zaplanowany dzień.
Za jego plecami stały dwie walizki.
Młode małżeństwo siedziało na mojej skórzanej kanapie. Inna kobieta robiła zdjęcia przez wielkie okna wychodzące na jezioro. Nieznajomy mężczyzna kroił pomarańcze na mojej drewnianej desce.
— Proszę mi odpowiedzieć.
Ryszard rozłożył ręce.
— Przecież odpowiedziałem.
— Nie. Natalia nie jest właścicielką tego domu.
— Będzie.
— To nie znaczy, że już nim jest.
Kobieta siedząca wcześniej na kanapie powoli odstawiła kieliszek.
— Przepraszam… to pani jest właścicielką?
— Tak.
Jej twarz natychmiast się zmieniła.
Spojrzała na mnie, potem na Ryszarda.
— Nam powiedziano, że pan zarządza tym obiektem.
Ryszard parsknął cicho.
— Nie ma sensu robić z tego afery rodzinnej.
Przyjechałam tamtego sobotniego ranka do mojego domu nad Jeziorem Rożnowskim spodziewając się ciszy.
Zastałam siedmioro turystów, trzy obce samochody, lodówki turystyczne pełne jedzenia i Ryszarda zachowującego się jak właściciel pensjonatu.
A ja przyjechałam w zupełnie innym celu.
O jedenastej miał pojawić się człowiek zainteresowany kupnem domu.
Nieruchomość należała do mnie od dwudziestu trzech lat. Kupiliśmy ją z moim mężem Markiem, kiedy Natalia chodziła jeszcze do podstawówki. Spędzaliśmy tam wakacje, długie weekendy i kilka Wigilii, kiedy śnieg zasypywał drogę do Nowego Sącza.
Po śmierci Marka nie umiałam jej sprzedać.
Przez kilka lat miałam wrażenie, że sprzedaż oznaczałaby pozbycie się ostatniego wspólnego miejsca.
Później przyszły rachunki.
Podatek. Ubezpieczenie. Naprawa dachu. Wymiana pompy. Konserwacja drewnianego tarasu. Przycinanie drzew. Naprawa schodów prowadzących do pomostu.
Nadal kochałam ten dom.
Ale przestałam wierzyć, że miłość trzeba udowadniać, płacąc za coś, czego prawie się nie używa.
Kilka tygodni wcześniej odezwał się do mojej pośredniczki doktor Andrzej Mirecki, emerytowany kardiolog z Krakowa. Raz już oglądał nieruchomość. Tamtego dnia miał przyjechać z córką i zdecydować, czy składa ofertę.
Spojrzałam na Ryszarda.
— Ile im pan policzył?
Jego twarz stwardniała.
— To sprawa między mną a gośćmi.
— Nie. To jest mój dom.
Młoda kobieta wyciągnęła telefon.
— Zapłaciliśmy za cztery noce.
— Komu?
— Panu Ryszardowi.
Ryszard odwrócił się do niej.
— Paulina, naprawdę, nie ma potrzeby…
— Była potrzeba, kiedy robiłam przelew.
Pokazała mi ekran.
Zobaczyłam zdjęcie mojego domu.
Mój taras.
Mój pomost.
Moją kuchnię.
Nawet fotografię zachodu słońca, którą sama zrobiłam trzy lata wcześniej.
Pod spodem widniał opis: „Rodzinny dom nad jeziorem. Prywatny pomost. Cisza, las, pełna swoboda”.
Kontakt: Ryszard Halecki.
Cena: 2 900 zł za dobę.
Poczułam, jak ściska mnie w żołądku.
— Od kiedy pan to robi?
Ryszard założył ręce na piersi.
— Najpierw porozmawiaj z Natalią, zanim zaczniesz oskarżać ludzi.
— Rozmawiam z człowiekiem, który bierze pieniądze za moją nieruchomość.
— Przecież z niej nie korzystasz.
To zdanie zabolało bardziej, niż powinno.
Nie dlatego, że było szczególnie okrutne.
Dlatego, że powiedział je tak, jakby moja nieobecność automatycznie przekazywała mu prawo własności.
Wtedy światła samochodu przesunęły się po oknach od strony podjazdu.
Ryszard spojrzał na zewnątrz.
Po raz pierwszy odkąd weszłam do domu, zobaczyłam na jego twarzy niepewność.
Na podjeździe zatrzymało się srebrne volvo.
Z auta wysiadł doktor Andrzej Mirecki.
Ryszard spojrzał na mnie.
— Kto to?
Wzięłam klucze z komody przy drzwiach.
— Człowiek, który przyjechał zdecydować, czy kupi dom, który pan od miesięcy wynajmuje bez mojej wiedzy.
CZĘŚĆ 2
Ryszard pobladł.
Nie odpowiedział.
Andrzej Mirecki wszedł do środka razem z córką, rozejrzał się po walizkach, kieliszkach, kurtkach przewieszonych przez krzesła i obcych ludziach stojących w salonie.
— Chyba źle trafiliśmy — powiedział.
— Niestety dobrze — odpowiedziałam.
Ryszard natychmiast odzyskał głos.
— To drobne nieporozumienie rodzinne.
Paulina prychnęła.
— Drobne? Zapłaciliśmy jedenaście tysięcy sześćset złotych.
Andrzej spojrzał na mnie uważnie.
Nie musiał pytać.
Wiedziałam, że właśnie traciłam kupca.
Ryszard wyciągnął telefon.
— Zadzwonię do Natalii. Ona wszystko wyjaśni.
— Niech pan dzwoni.
Wybrał numer.
Po kilku sygnałach moja córka odebrała.
Nie usłyszałam pierwszego zdania Ryszarda, ale jego twarz szybko się zmieniła.
— Natalia?
Cisza.
— Przecież mówiłaś…
Kolejna cisza.
Włączył głośnik.
— Mamo? — usłyszałam głos córki. — Jesteś tam?
— Jestem.
— To proszę, nie rób teraz żadnej sceny.
W salonie zrobiło się zupełnie cicho.
— Natalko, czy wiedziałaś, że Ryszard wynajmuje mój dom?
Dłuższa pauza.
— Wiedziałam, że pomaga nam nim zarządzać.
— „Nam”?
— Mamo…
— Komu dokładnie?
I wtedy córka powiedziała zdanie, którego się nie spodziewałam.
— Tomkowi i mnie. Przecież podpisałaś papiery po śmierci taty.
Ryszard odwrócił wzrok.
— Jakie papiery? — zapytałam.
— Te u notariusza.