CZĘŚĆ 1
— Mamo! Tatuś jest u babci Ewy na brzuchu!
Najpierw wszyscy się roześmiali.
Ja też.
Dopiero kilka sekund później zobaczyłam, na co naprawdę wskazywała moja trzyletnia Hania, i poczułam, jak żołądek ściska mi się tak mocno, że przestałam słyszeć rozmowy dookoła.
Urodziny urządziliśmy w naszym domu pod Wrocławiem. Bez sali zabaw, animatorów i całej tej urodzinowej machiny, która potrafi kosztować więcej niż weekend nad morzem. Paweł rozstawił w ogrodzie duży dmuchany basen, ja przygotowałam jedzenie, przyjechała rodzina, kilku naszych znajomych i dzieci z przedszkola Hani.
Był tort z malinami, bańki mydlane, dmuchany flaming i kompletnie mokre ręczniki porozrzucane wszędzie po trawie.
Przyjechała nawet Ewa.
Moja macocha.
To było dla mnie zaskoczenie.
Ewa wyszła za mojego ojca, Romana, kiedy miałam siedemnaście lat. Nigdy się nie polubiłyśmy. Nie było jednej wielkiej awantury ani wydarzenia, po którym można byłoby powiedzieć: „od tego momentu wszystko się zepsuło”. Po prostu od początku traktowała mnie jak niepotrzebny dodatek do małżeństwa z ojcem.
Ja odpowiadałam jej dokładnie tym samym.
Przez lata wypracowałyśmy coś w rodzaju chłodnego rozejmu.
„Dzień dobry”.
„Jak zdrowie?”
„Smacznego”.
I najlepiej nie zostawać same w jednym pokoju.
Dlatego kiedy przyszła z dużym pudełkiem klocków dla Hani i nawet mnie przytuliła, pomyślałam, że może obie wreszcie dorosłyśmy do normalnych relacji.
Przez pierwsze dwie godziny naprawdę było dobrze.
Potem Ewa wyszła z basenu.
Miała czarny jednoczęściowy kostium i jasny ręcznik przewieszony przez ramię. W tym samym momencie Hania biegła z innymi dziećmi po lody.
Zatrzymała się tak nagle, że chłopiec za nią prawie na nią wpadł.
Patrzyła na Ewę.
— Mamo! — zawołała. — Tatuś jest u babci Ewy na brzuchu!
Kilka osób przy stole parsknęło śmiechem.
— No pięknie — rzucił mój kuzyn. — Dzieci to jednak mają wyobraźnię.
Podeszłam do Hani.
— Kochanie, nie pokazujemy ludzi palcem.
Spróbowałam odprowadzić ją do dzieci.
Nie ruszyła się.
— Ale tata tam jest!
— Haniu, tata stoi tutaj.
Paweł znajdował się kilka metrów dalej. Trzymał talerz i patrzył na nas z rozbawieniem.
Wskazałam go córce.
— Widzisz?
Hania spojrzała na niego.
Potem znowu na Ewę.
I nagle zaczęła płakać.
Nie marudzić.
Płakać.
— Zdejmij go! — powtarzała. — Mamo, zdejmij tatę!
Zrobiło się ciszej.
Ewa przewróciła oczami.
— Marta, naprawdę powinnaś ją nauczyć, że nie komentuje się cudzego ciała.
Zabrała ręcznik i poszła do leżaka.
Chciałam przeprosić.
Naprawdę.
Ale Hania chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą.
— Chodź.
Dotarłyśmy do leżaka Ewy.
— Haniu, wystarczy.
Córka nie słuchała.
Podeszła do Ewy i wskazała miejsce tuż nad biodrem, gdzie mokry kostium lekko się podwinął.
— Tu.
Spojrzałam.
Na skórze Ewy widniał rozmazany niebieski ślad.
Najpierw nie rozumiałam, co widzę.
Potem rozpoznałam krzywy zarys rakiety.
Pod nim znajdowały się cztery odbite lustrzanie litery.
TATA.
Tego ranka Hania dostała od mojej siostry zestaw farbek do ciała. Pierwszą osobą, którą pomalowała, był Paweł.
Narysowała mu na brzuchu niebieską rakietę.
A pod nią, z moją pomocą, napisała:
TATA.
Śmialiśmy się, że ma nie zmywać jej do wieczora.
Paweł wciąż miał rysunek na skórze.
Spojrzałam na jego brzuch.
Potem na odbicie znajdujące się dokładnie na wysokości biodra Ewy.
Nie wyglądało jak drugi rysunek.
Wyglądało jak ślad pozostawiony wtedy, gdy świeża farba z jego skóry zetknęła się z jej skórą.
Podniosłam wzrok.
Ewa już się nie uśmiechała.
Paweł również.
A Hania, kompletnie nieświadoma tego, co właśnie zrobiła, pociągnęła mnie za sukienkę.
— Mówiłam, mamo. Tata był na babci.
CZĘŚĆ 2
— Ewa?
Mój głos zabrzmiał obco.
Macocha szybko naciągnęła kostium na biodro.
— Hania pewnie pomalowała też mnie.
— Nie pomalowała — odpowiedziałam.
Paweł odstawił talerz.
— Marta, nie róbmy przedstawienia.
To zdanie zabolało bardziej, niż powinno.
Nie zapytałam jeszcze o nic.
A on już się bronił.
Spojrzałam na Hanię.
— Kochanie, kiedy widziałaś tatę z babcią Ewą?
Paweł zrobił krok w moją stronę.
— Marta.
— Pytam córkę.
Hania otarła policzek.
— Jak szukałam flaminga.
Serce zaczęło mi walić.
Różowego dmuchanego flaminga szukaliśmy przed przyjazdem gości prawie dwadzieścia minut.
Paweł powiedział wtedy, że idzie sprawdzić garaż.
Ewa rzekomo jeszcze była w drodze.
— Gdzie był tata?
Hania wskazała dom.
— Tam, gdzie ręczniki.
Pomieszczenie gospodarcze.
Paweł pobladł.
Ewa wstała.
— Trzylatka coś zobaczyła, coś sobie wymyśliła i robisz z tego śledztwo.
Jej telefon leżący na stoliku zawibrował.
Ekran się podświetlił.
Nie chciałam czytać.
Przeczytałam.
Nadawca nie był zapisany imieniem.
Tylko literą „P”.
Treść wiadomości zobaczyłam jednak doskonale.
„Usuń rozmowę. I nic nie mów Romanowi o notariuszu.”
Podniosłam głowę.
Mój ojciec siedział kilka metrów dalej.
Patrzył prosto na Ewę.
A po jego twarzy poznałam coś jeszcze gorszego.
On również przeczytał tę wiadomość.

CZĘŚĆ 3
Przez kilka sekund nikt się nie poruszył.
Ojciec nie wstał.
Nie krzyknął.
Nie zapytał, o jakiego notariusza chodzi.
Po prostu siedział na plastikowym krześle pod parasolem, trzymając oburącz szklankę wody.
I patrzył na swoją żonę.