— Od dwudziestu dwóch lat.

Gniew wrócił.

— Dlaczego mi nie powiedziałaś?

— Ponieważ wtedy dowiedziałam się też, kto był przy jego śmierci.

— Roman.

— I Stanisław.

— On nie żyje.

— Ale jego ludzie żyli.

Marta spojrzała na Aleksandra.

— Książki?

Helena odetchnęła.

— W piwnicy naszego starego mieszkania. Zostawiłam tam dwa kartony.

Następnego ranka Marta i Aleksander pojechali na Pragę.

Piwnica pachniała wilgocią.

Znaleźli kartony pod starym stołem.

Książka po książce.

Nic.

Po godzinie Marta wyciągnęła egzemplarz „Lalki”.

Okładka była nienaturalnie gruba.

Aleksander podał jej scyzoryk.

Rozcięła materiał.

Ze środka wypadła cienka foliowa koperta.

Marta spojrzała na Aleksandra.

W środku były mikrofilmy, listy i kopie umów.

Dowody.

Nie tylko na stare oszustwa Stanisława.

Także na firmy, które nadal działały.

Na ludzi, którzy nadal zasiadali w zarządach.

Na fundusze, które wciąż obracały pieniędzmi.

Aleksander przeglądał nazwiska.

Jego twarz twardniała.

— Roman nie był jedyny.

— Ilu?

— Wielu.

Marta wskazała jedną z pozycji.

— To nazwisko znam.

Wiktor Mazur.

Obecny prezes największej spółki Wysocki Holding.

Mentor Aleksandra.

Człowiek, którego Aleksander nazywał kiedyś drugim ojcem.

W tej chwili telefon zadzwonił.

Wiktor.

Aleksander odebrał.

— Tak?

— Musimy porozmawiać.

Głos starszego mężczyzny był spokojny.

— O czym?

— O tym, co znalazłeś w piwnicy Heleny.

Aleksander spojrzał na Martę.

Nikt poza nimi nie wiedział, gdzie są.

— Skąd wiesz?

— Aleksander.

Ton Wiktora stał się niemal ojcowski.

— Oddaj dokumenty. To historia, której nie warto wskrzeszać.

— Dla kogo?

— Dla wszystkich.

— Jerzy Lewandowski też miał uznać, że nie warto?

Cisza.

I wtedy Aleksander zrozumiał.

— Byłeś tam.

Wiktor westchnął.

— Nie zmuszaj mnie, żebym drugi raz sprzątał błędy twojej rodziny.

Połączenie się urwało.

Marta patrzyła na Aleksandra.

— Musimy wyjść.

Tym razem powiedzieli to jednocześnie.


Nie zdążyli.

Na korytarzu rozległ się trzask.

Piotr krzyknął z góry.

— Zostajecie na dole!

Marta przycisnęła kopertę do piersi.

Aleksander wyciągnął telefon.

Brak zasięgu.

Ktoś zagłuszał sygnał.

Z piwnicy prowadziło małe okno na podwórze.

— Dasz radę? — zapytał.

Marta spojrzała.

— A ty?

— Za tobą.

Przesunęli skrzynie.

Okno było wąskie.

Marta przecisnęła się pierwsza.

Aleksander pomógł jej zejść.

Z góry dobiegły kroki.

Po chwili wyszedł za nią.

Biegli przez podwórze.

Piotr dołączył minutę później.

— Samochód od tyłu!

Uciekli.

Dopiero w ruchu Aleksander zadzwonił na policję.

Tym razem nie próbował niczego kontrolować prywatnie.

— Koniec — powiedział.

Marta spojrzała na niego.

— Co?

— Ukrywania.

Tego samego dnia dokumenty zostały skopiowane i przekazane prokuraturze, dwóm niezależnym kancelariom oraz trzem redakcjom.

Aleksander zrobił jeszcze coś.

Zwołał nadzwyczajne posiedzenie rady Wysocki Holding.

Wiktor Mazur pojawił się.

Jakby nic się nie stało.

— Aleksander — powiedział. — Zachowujesz się emocjonalnie.

— Pierwszy raz od dawna.

— Te materiały mogą zniszczyć firmę.

— Jeżeli firma istnieje dzięki przestępstwom, powinna zostać zniszczona.

— Tysiące ludzi stracą pracę.

Aleksander spojrzał na członków zarządu.

— Nie. Stracą pracę ci, którzy przez lata żyli z kłamstwa. Resztę będziemy chronić.

Wiktor spochmurniał.

— Myślisz, że jesteś lepszy od ojca?

— Nie.

Aleksander wstał.

— Po prostu pierwszy raz nie zamierzam być taki jak on.

Wiktor został zatrzymany następnego ranka.

Roman sam zgłosił się do prokuratury.

Śledztwo rosło z tygodnia na tydzień.

Stare sprawy zostały otwarte.

Rodziny ludzi, których firmy przejął Stanisław, zaczęły otrzymywać informacje o możliwych roszczeniach.

Media rozszarpały nazwisko Wysockich.

Akcje holdingu spadły.

Aleksander przestał pojawiać się na okładkach magazynów biznesowych jako „król przejęć”.

Teraz nazywano go synem imperium zbudowanego na strachu.

Nie walczył z tym.

Zamiast tego sprzedał część prywatnych aktywów, stworzył fundusz odszkodowawczy i ustąpił z funkcji prezesa na czas śledztwa.

Marta obserwowała to z dystansu.

Wróciła do pracy.

Helena wróciła do domu.

Ich życie nie stało się łatwe.

Ale stało się prawdziwe.

Pewnego wieczoru, kilka miesięcy później, Marta kończyła dyżur w przychodni.

Gdy wyszła, Aleksander siedział na ławce po drugiej stronie ulicy.

Bez ochroniarzy.

Bez garnituru.

— Co tu robisz?

— Czekam.

— To już mówiłeś.

— Nadal działa.

Marta usiadła obok.

— Jak śledztwo?

— Wolno.

— Firma?

— Jeszcze istnieje.

— Ty?

Aleksander spojrzał przed siebie.

— Tego jeszcze nie ustaliłem.

Marta uśmiechnęła się.

— Brzmi poważnie.

— Jestem podobno poważnym człowiekiem.

— Podobno bezwzględnym.

— Też słyszałem.

Przez chwilę siedzieli w ciszy.

— Wiesz, co jest najdziwniejsze? — zapytała Marta.

— Co?

— Gdybym wtedy w samolocie nie była tak wykończona, nigdy nie zasnęłabym na twoim ramieniu.

— Prawdopodobnie.

— Nie zobaczyłbyś koperty.

— Prawdopodobnie.

— Nie znaleźlibyśmy dziennika.

— Być może.

Marta spojrzała na niego.

— Wierzysz w przypadki?

Aleksander zastanowił się.

— Kiedyś wierzyłem tylko w decyzje.

— A teraz?

Spojrzał na nią.

— Teraz myślę, że czasem przypadek daje człowiekowi możliwość podjęcia decyzji, której wcześniej się bał.

Marta milczała.

— I jaką decyzję podjąłeś?

Aleksander uśmiechnął się lekko.

— Żeby nie odsuwać cię, kiedy zasypiasz na moim ramieniu.

Roześmiała się.

Pierwszy raz bez napięcia.