— Przez trzydzieści lat wszyscy decydowali, czego nie powinienem wiedzieć. Koniec.
Helena patrzyła na niego.
W jej twarzy pojawiło się coś dziwnego.
Żal.
— Jesteś do niej podobny.
Aleksander znieruchomiał.
— Co się stało tamtej nocy?
Helena odwróciła wzrok.
— Twój ojciec odebrał ją spod mojego domu.
— Dobrowolnie?
— Nie widziałam, żeby użył siły.
— To nie jest odpowiedź.
— Krystyna wsiadła do samochodu, bo zagroził, że jeśli tego nie zrobi, odbierze jej ciebie na zawsze.
Aleksander poczuł, jak zaciskają mu się dłonie.
— A potem?
— Wróciła do niego.
— I zginęła rok później.
Helena powoli skinęła głową.
— Tak.
— Myśli pani, że mój ojciec ją zabił?
— Nie wiem.
— Ale podejrzewa pani.
— Przez wiele lat podejrzewałam.
W sali zapadła cisza.
Marta patrzyła na Aleksandra.
Spodziewała się wybuchu.
Nie nastąpił.
Jego twarz stała się tylko jeszcze spokojniejsza.
To było gorsze.
— Dokumenty — powiedział. — Gdzie są?
Helena potrząsnęła głową.
— Jeżeli nadal istnieją, nie wiem.
— Przed chwilą powiedziała pani, że część ukryła.
— I straciłam do nich dostęp.
— Jak?
Helena zacisnęła usta.
— Człowiek, któremu je przekazałam, zniknął.
— Nazwisko.
— Nie.
Aleksander zrobił krok.
Marta stanęła między nim a łóżkiem.
— Wystarczy.
Spojrzał na nią.
— Moja matka może zostać oskarżona o milczenie przez trzydzieści lat, ale właśnie wyszła z operacji. Jeśli chce pan odpowiedzi, poczeka pan.
To był ten sam człowiek, którego ochroniarze bali się nawet poprawić.
Mimo to po chwili się cofnął.
— Dobrze.
Helena patrzyła na córkę.
A potem powiedziała:
— Marta ma rację.
Aleksander odwrócił się do drzwi.
— Ale jeszcze jedno — dodała Helena.
Zatrzymał się.
— Człowiek, któremu przekazałam dokumenty, nie zniknął przypadkiem.
Aleksander spojrzał przez ramię.
— Skąd pani wie?
— Bo trzy dni później Stanisław przyszedł do mnie i powiedział, że jeśli będę dalej szukać prawdy, następna zniknie moja córka.
Marta zesztywniała.
— Ja?
Helena zaczęła płakać.
— Miałaś wtedy dziewięć miesięcy.
Aleksander wyszedł z kliniki bez słowa.
W samochodzie siedział przez dziesięć minut, zanim polecił kierowcy ruszyć.
Piotr obserwował go w lusterku.
— Dokąd?
— Warszawa.
— Teraz?
— Teraz.
— A pani Lewandowska?
Aleksander spojrzał na budynek szpitala.
— Zostaw dwóch ludzi przy klinice.
— Ochrona?
— Dyskretna.
— Przed kim?
Aleksander przypomniał sobie słowa Heleny.
Człowiek z dokumentami zniknął.
Jego ojciec nie żył.
Ale tajemnica nadal wydawała się żywa.
— Jeszcze nie wiem.
Przez trzy dni Marta została z matką.
Aleksander się nie pojawił.
Nie zadzwonił.
Marta powinna poczuć ulgę.
Zamiast tego łapała się na tym, że sprawdza telefon.
Helena dochodziła do siebie zadziwiająco dobrze, ale odmawiała dalszej rozmowy o przeszłości.
Czwartego dnia Marta wróciła do Warszawy, by zabrać ubrania i porozmawiać z przełożoną o urlopie.
Po wejściu do mieszkania natychmiast poczuła, że coś jest nie tak.
Drzwi nie nosiły śladów włamania.
Okna były zamknięte.
A jednak szuflada w sypialni matki stała otwarta.
Marta podeszła.
Papiery leżały na podłodze.
Ktoś przeszukał mieszkanie.
Nie zabrał laptopa.
Nie zabrał gotówki leżącej w kopercie.
Nie zniknęła biżuteria.
Zniknęły wyłącznie stare dokumenty Heleny.
Marta zadzwoniła na policję.
Drugie połączenie wykonała do Aleksandra.
Odebrał natychmiast.
— Marta?
To było pierwszy raz, gdy powiedział jej imię bez „pani”.
— Ktoś był w mieszkaniu.
Zapadła cisza.
— Niczego nie dotykaj.
— Już dotknęłam.
— Wyjdź.
— Aleksander…
— Wyjdź z mieszkania.
Tym razem nie protestowała.
Dziesięć minut później przed kamienicą zatrzymały się dwa samochody.
Aleksander wysiadł z pierwszego.
— Policja jedzie.
— Moi ludzie będą szybsi.
— Nie chcę, żeby pan zacierał ślady.
Zatrzymał się.
— Naprawdę sądzisz, że ja…
— Nie wiem, co sądzić.
Aleksander milczał.
— Dobrze.
To „dobrze” nie oznaczało zgody.
Oznaczało, że rozumie.
W mieszkaniu Piotr zrobił zdjęcia.
Po dwudziestu minutach znalazł coś pod biurkiem.
Mały fragment szarej taśmy.
— Co to?
— Mocowanie od miniaturowej kamery.
Marta poczuła mdłości.
— Ktoś nas obserwował?
Piotr przyjrzał się ścianie.
— Możliwe.
Aleksander spojrzał na Martę.
— Pakujesz rzeczy.
— Co?
— Nie zostajesz tutaj.
— Nie będzie pan decydował…
— Ktoś przeszukał mieszkanie twojej matki dokładnie wtedy, gdy ona jest w szpitalu.
— Mogę jechać do hotelu.
— Hotel łatwo znaleźć.
— A pański dom nie?
— Mój dom jest trudniej wejść bez pozwolenia.
Marta prychnęła.
— To chyba najdelikatniejszy sposób, w jaki miliarder potrafi powiedzieć „mam ochronę”.
Aleksander spojrzał na nią.
— Mam bardzo dużo ochrony.
Po raz pierwszy od kilku dni Marta prawie się roześmiała.
Nie zrobiła tego.
Ale napięcie pękło na sekundę.
Godzinę później siedziała w samochodzie jadącym do rezydencji Wysockiego pod Warszawą.
Nie podobało jej się to.
Jednocześnie po raz pierwszy od włamania czuła, że oddycha.
Dom Aleksandra nie wyglądał jak miejsce, w którym mieszka człowiek.
Przypominał luksusowy hotel zaprojektowany dla gości, którzy nigdy nie przyjeżdżają.
Szkło.
Kamień.
Cisza.
Marta została zaprowadzona do pokoju gościnnego.
— Masz wszystko? — zapytał Aleksander.
— Oprócz wyjaśnień.
— Nad nimi pracuję.
— Jak?