— Jaki mężczyzna?
Marta zawahała się.
— Aleksander Wysocki.
Przez moment na twarzy Heleny nie było żadnej reakcji.
Potem monitor przyspieszył.
— Mamo?
Helena zamknęła oczy.
— Wyjdź.
— Co?
— Marta, proszę.
— Znasz go?
— Wyjdź.
— Mamo!
Helena otworzyła oczy.
Był w nich strach.
Prawdziwy, głęboki strach.
— Jeżeli Wysocki zobaczył tę kopertę, nie rozmawiaj z nim.
— Dlaczego?
— Obiecaj mi.
— Najpierw mi wyjaśnij.
— Nie mogę.
Marta wstała.
— Całe życie tak robisz.
Helena odwróciła twarz.
— Co robię?
— Gdy pytam o ojca. O dziadków. O to, dlaczego nigdy nie mamy zdjęć sprzed mojego urodzenia. Zawsze zmieniasz temat.
— Chciałam cię chronić.
— Przed czym?
Helena ścisnęła kopertę.
— Przed ludźmi, którzy uważają, że pieniądze pozwalają im decydować, kto ma prawo istnieć w ich życiu.
Marta poczuła chłód w karku.
— Mówisz o Wysockich?
Helena nie odpowiedziała.
Nie musiała.
Dwie godziny później Aleksander siedział w prywatnym gabinecie udostępnionym mu przez dyrekcję kliniki.
Telefon Piotra leżał na stole.
Na ekranie widniał skan starego aktu zatrudnienia.
Helena Lewandowska.
Trzydzieści jeden lat wcześniej pracowała jako pomoc księgowa w pierwszej firmie Stanisława Wysockiego.
— Odeszła nagle — powiedział Piotr. — Brak wypowiedzenia. Brak świadectwa pracy w standardowej formie. W archiwum widnieje tylko adnotacja o „ugodzie poufnej”.
— Kwota?
— Wysoka jak na tamte czasy.
— Za co?
— Nie ma informacji.
Aleksander przewinął dokument.
— Rodzina?
— Brak męża. Dwa lata po odejściu z firmy urodziła córkę.
Aleksander uniósł wzrok.
— Martę?
— Tak.
— Data?
Piotr podał.
Aleksander milczał.
Nie pasowała do najgorszego przypuszczenia.
A przynajmniej nie w oczywisty sposób.
— Co jeszcze?
Piotr zawahał się.
— Znalazłem wzmiankę o procesie, który nigdy nie trafił na wokandę. Helena Lewandowska zamierzała oskarżyć firmę pana ojca o fałszowanie dokumentacji finansowej.
Aleksander odchylił się w fotelu.
To miało więcej sensu.
— I dlatego ją uciszono.
— Możliwe.
— Ojciec zapłacił.
— Tak wygląda.
Aleksander poczuł krótką, niemal gorzką ulgę.
Skandal finansowy był paskudny.
Ale przynajmniej zrozumiały.
— Jest coś jeszcze — powiedział Piotr.
Ulga zniknęła.
— Mów.
— Trzy miesiące przed odejściem Heleny z firmy pańska matka złożyła pozew o separację.
Aleksander zesztywniał.
— Nigdy o tym nie słyszałem.
— Pozew został wycofany po dziewięciu dniach.
— Powód?
— Nie ma.
Piotr wyjął kolejną kartkę.
— Ale znalazłem nazwisko Heleny w prywatnych rachunkach pańskiego ojca. Przez prawie trzy lata płacił za mieszkanie na Mokotowie.
Aleksander patrzył na dokument.
— Dla niej?
— Umowa była na jej nazwisko.
Cisza w pokoju zrobiła się ciężka.
Aleksander wstał i podszedł do okna.
Jego ojciec miał wiele wad.
Był zimny.
Kontrolujący.
Bezwzględny.
Aleksander jako dziecko nauczył się nie zadawać pytań.
Kiedyś sądził, że to była dyscyplina.
Dziś coraz częściej rozumiał, że był to strach.
Stanisław bał się pytań.
— Znajdź testamenty — powiedział.
— Wszystkie?
— Wszystkie wersje.
Wieczorem Helena została przygotowana do operacji zaplanowanej na następny poranek.
Marta siedziała przy niej do czasu, gdy pielęgniarka poprosiła o opuszczenie sali.
Helena nie wspomniała już o Wysockich.
Marta jednak nie mogła przestać myśleć.
Na korytarzu zobaczyła Aleksandra.
Stał przy oknie.
Sam.
— Śledzi mnie pan?
Odwrócił się.
— Nie.
— Więc co pan tutaj robi?
— Czekam.
— Na mnie?
— Tak.
Marta podeszła.
Była zmęczona i wściekła.
— Moja matka niemal dostała kolejnego ataku, gdy usłyszała pańskie nazwisko.
Na twarzy Aleksandra pojawiło się napięcie.
— Co powiedziała?
— Żebym z panem nie rozmawiała.
— Rozumiem.
— Ja nie.
Aleksander zawahał się.
— Pani matka pracowała dla mojego ojca.
— To wiem od dziesięciu minut.
— Odeszła w okolicznościach, których nikt nie udokumentował uczciwie.
— I?
— Mój ojciec płacił za jej mieszkanie.
Marta zamarła.
— Co pan sugeruje?
— Niczego nie sugeruję.
— Właśnie pan zasugerował.
— Przekazuję fakt.
Marta zrobiła krok bliżej.
— Nie zna pan mojej matki.
— Dlatego próbuję się dowiedzieć.
— Bez jej zgody.
— Koperta zawierała moje nazwisko.
— Więc uważa pan, że wszystko, na czym pojawia się „Wysocki”, należy do pana?
Pytanie trafiło celniej, niż Marta mogła wiedzieć.
Aleksander spuścił głos.
— Nie. Właśnie zaczynam podejrzewać, że przez lata moja rodzina uważała dokładnie odwrotnie: że wszystko, co mogłoby jej zaszkodzić, wolno jej zabrać innym.
Marta umilkła.
Po raz pierwszy nie brzmiał jak miliarder.
Brzmiał jak syn.
— Co jest w kopercie? — zapytał.
— Nie wiem.
— Pani matka nie pozwoliła zajrzeć?
— Nie.
— Więc oboje jesteśmy trzymani z dala od tej samej tajemnicy.
— To nie czyni nas sojusznikami.
— Nie.
Aleksander spojrzał jej w oczy.
— Ale może oznaczać, że mamy wspólnego przeciwnika.
Marta chciała powiedzieć, że jego ojciec nie żyje.
W tej samej chwili telefon Aleksandra zadzwonił.
Piotr.
— Tak?
Ochroniarz mówił krótko.
Aleksander zmarszczył brwi.
— Jesteś pewien?
Marta obserwowała jego twarz.
— Wyślij.
Rozłączył się.
Telefon zawibrował ponownie.
Aleksander spojrzał na ekran.
Potem na Martę.
— Co?