— Otwieram rzeczy, których ojciec zabronił otwierać.
Wieczorem zabrał ją do gabinetu.
Na stole leżało kilkanaście pudeł.
— Archiwum?
— Prywatne.
Marta spojrzała na dokumenty.
— Nielegalnie zdobyte?
— To mój dom.
— To nie odpowiedź.
Aleksander uniósł brew.
— Zaczynasz mnie poznawać.
Usiedli.
Przeglądali stare segregatory przez dwie godziny.
Umowy.
Rachunki.
Notatki.
Nic.
W końcu Marta zauważyła cienki zeszyt wsunięty za podwójną ściankę pudełka.
— To?
Aleksander wyjął go.
Dziennik Krystyny.
Pierwsze strony dotyczyły zwyczajnych rzeczy.
Dom.
Syn.
Podróże.
Potem ton się zmienił.
„Stanisław znów był u Heleny.”
„H. chce iść na policję.”
„Aleksander nie może się dowiedzieć, zanim nie będzie bezpieczny.”
Marta czytała z rosnącym napięciem.
Na jednej ze stron pojawiało się nazwisko.
Jerzy Lewandowski.
Marta zastygła.
— Lewandowski?
Aleksander spojrzał na nią.
— Twój ojciec?
— Mama nigdy nie podała mi imienia.
Przewrócili stronę.
„Jerzy zabrał kopie. Obiecał, że jeśli mnie powstrzymają, przekaże je dziennikarzowi. Helena boi się o niego. Ja też.”
Marta nie oddychała.
— Mój ojciec znał twoją matkę.
Aleksander odwrócił kolejną kartkę.
„Stanisław dowiedział się o Jerzym.”
Dalej brakowało strony.
Ktoś ją wyrwał.
Marta dotknęła miejsca przy grzbiecie.
— Kto?
Aleksander spojrzał na drzwi.
— Ktoś, kto wiedział, czego szukać.
W tej chwili w gabinecie pojawił się Piotr.
Jego twarz była napięta.
— Mamy problem.
— Jaki?
— Ktoś próbował wejść do archiwum firmy.
Aleksander wstał.
— Kto?
— Były dyrektor prawny pańskiego ojca.
— Roman Bielecki?
— Tak.
Aleksander pobladł.
Roman Bielecki miał siedemdziesiąt dwa lata i od dekady był na emeryturze.
Przez trzydzieści lat był najbliższym współpracownikiem Stanisława.
— Gdzie jest teraz?
— Zatrzymaliśmy go na dole.
Marta poczuła zimno.
— Przyjechał tutaj?
— Sam — odpowiedział Piotr. — I mówi, że chce porozmawiać wyłącznie z panem oraz panią Lewandowską.
Kilka minut później Roman siedział naprzeciw nich.
Był szczupłym, eleganckim starszym mężczyzną.
Nie wyglądał na przerażonego.
Raczej na zmęczonego.
— Minęło dużo czasu — powiedział.
Aleksander położył dziennik na stole.
— Za dużo.
Roman spojrzał na zeszyt.
— Więc znalazłeś.
— Znał pan Helenę Lewandowską?
— Tak.
— Jerzego?
Roman przeniósł wzrok na Martę.
— Twojego ojca.
Marta poczuła ból w żołądku.
— Co się z nim stało?
Roman długo milczał.
— Zginął.
To słowo przyszło zbyt prosto.
Marta odsunęła krzesło.
— Kiedy?
— Gdy miałaś mniej niż rok.
— Jak?
— Wypadek.
Aleksander zaśmiał się bez humoru.
— W naszej rodzinie wszystko było wypadkiem.
Roman spojrzał na niego.
— Nie wszystko.
— Czy mój ojciec kazał go zabić?
Marta wstrzymała oddech.
Roman nie odpowiedział od razu.
— Stanisław chciał odzyskać dokumenty.
— To nie odpowiedź.
— Jerzy zgodził się na spotkanie.
— Gdzie?
— Na starym magazynie firmy.
Marta zacisnęła dłonie.
— I?
— Doszło do bójki.
— Kto tam był?
Roman zamknął oczy.
— Ja.
Cisza.
— I Stanisław.
Marta poczuła, że robi jej się słabo.
— Co zrobiliście?
— Stanisław próbował zabrać teczkę. Jerzy go odepchnął. Upadł. Uderzył głową.
— Mój ojciec?
— Jerzy.
Marta wstała.
Aleksander również.
— Zmarł na miejscu?
Roman skinął głową.
— Dlaczego nikt nie powiedział Helenie prawdy?
— Bo Stanisław uznał, że wypadek go zniszczy. Jerzy był znany kilku dziennikarzom. Gdyby śledztwo ruszyło, wyszłoby wszystko.
— Więc upozorowaliście inne zdarzenie.
— Tak.
Marta patrzyła na starszego mężczyznę.
Nie płakała.
Jeszcze nie.
— Moja matka myślała, że zniknął.
— Stanisław kazał jej tak myśleć.
— A pan?
Roman spuścił wzrok.
— Milczałem.
Marta uderzyła go otwartą dłonią.
Dźwięk był krótki.
Piotr ruszył, ale Aleksander zatrzymał go gestem.
Roman nawet nie podniósł ręki do policzka.
— Zasłużyłem.
— Nie — powiedziała Marta. — Na to zasługuje człowiek, który kłamie jeden dzień. Pan kłamał całe moje życie.
Odwróciła się.
Aleksander wyszedł za nią.
Znalazł ją na tarasie.
Marta stała przy balustradzie.
— Odejdź — powiedziała.
Zatrzymał się kilka metrów dalej.
— Dobrze.
Nie ruszył.
— Powiedziałam…
— Nie będę mówił.
I rzeczywiście nie mówił.
Po chwili Marta zaczęła płakać.
Cicho.
Bez teatralnych gestów.
Jak ktoś, kto stracił człowieka trzydzieści lat temu, ale dowiedział się o tym dopiero dziś.
Aleksander pozostał obok.
Nie dotknął jej.
Nie próbował pocieszać.
Być może właśnie dlatego Marta nie kazała mu odejść drugi raz.
Roman przekazał im więcej.
Jerzy przed spotkaniem zrobił drugą kopię dokumentów.
Stanisław nigdy jej nie znalazł.
Roman podejrzewał, że Helena mogła ją ukryć, nawet o tym nie wiedząc.
— Jak można ukryć coś, nie wiedząc? — zapytała Marta później.
Roman wyjaśnił, że Jerzy często korzystał z książek jako skrytek. Miał zwyczaj rozcinać wewnętrzne części okładek i wkładać do nich cienkie dokumenty.
Helena zachowała większość jego rzeczy.
Marta natychmiast zadzwoniła do matki.
— Mamo, miałaś książki taty?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Skąd znasz…
— Wiem o Jerzym.
Helena nie odpowiedziała.
Marta zamknęła oczy.
— Wiem, że zginął.
Usłyszała szloch.
— Mamo…
— Wiedziałam.
Marta zamarła.
— Co?
— Nie od początku.
— Od kiedy?