Dwaj ochroniarze Aleksandra już stali.

— Nie trzeba — powiedziała.

— Nie pytałem, czy trzeba.

Ton był chłodny, lecz nie nieuprzejmy.

Właśnie taki Aleksander Wysocki miał ton na zdjęciach z konferencji, podczas rozmów o przejęciach spółek i zamykaniu zakładów.

Marta poczuła powracającą niechęć.

Przez lata słyszała o ludziach takich jak on. Ludzie, którzy mieli kierowców, prywatnych lekarzy, prywatne piętra w szpitalach i telefony odbierane o każdej porze, mogli być uprzejmi wobec problemów innych. Ich uprzejmość nic ich nie kosztowała.

— Poradzę sobie sama.

Aleksander spojrzał na jej płócienną torbę.

— Nie wątpię.

To zdanie zabrzmiało inaczej, niż się spodziewała.

Nie odpowiedziała.

Kilka minut później pędziła przez terminal, ściskając telefon. Zadzwoniła do kliniki jeszcze przed kontrolą wyjściową.

Odebrał doktor Paweł Borowski.

— Pani Marto?

— Co z mamą?

Po drugiej stronie zapadła sekunda ciszy.

— Stan pani matki się pogorszył. Doszło do zaburzeń rytmu serca. Ustabilizowaliśmy ją, ale musimy rozpocząć przygotowanie wcześniej.

Marta zatrzymała się pośrodku hali.

Ludzie omijali ją z obu stron.

— Operacja jest zagrożona?

— Nie chcę używać tego słowa. Ale potrzebujemy pani jak najszybciej.

— Jadę.

Rozłączyła się.

Wyszła przed terminal i stanęła w kolejce do taksówek.

Dopiero po chwili zorientowała się, że Aleksander stoi kilka metrów dalej.

Przy krawężniku czekał czarny samochód.

— Pani Lewandowska.

Zignorowała go.

— Podwiozę panią.

— Dziękuję.

— To nie była propozycja handlowa.

Odwróciła się.

— A ja nie jestem pana pracownikiem.

Jeden z ochroniarzy drgnął.

Aleksander natomiast prawie się uśmiechnął.

Prawie.

— Klinika Uniwersytecka?

Marta zmarszczyła brwi.

— Skąd pan wie?

— Słyszałem rozmowę.

— Nie powinien pan.

— Byliśmy dwa metry od siebie.

W kolejce do taksówek przesunęły się zaledwie trzy osoby.

Marta spojrzała na zegarek.

Aleksander zauważył.

— Samochodem będziemy tam za kilkanaście minut.

Nienawidziła faktu, że ma rację.

Jeszcze bardziej nienawidziła własnego strachu.

Po chwili siedziała już na tylnej kanapie czarnego mercedesa.

Aleksander usiadł obok.

Przez kilka minut jechali w milczeniu.

Marta patrzyła przez okno.

Aleksander patrzył na nią.

Mógł zapytać od razu.

Mógł powiedzieć: „Kim jest Helena Lewandowska?”

Mógł wspomnieć kopertę.

Nie zrobił tego.

Jeśli ojciec naprawdę znał tę kobietę, nie chciał zaczynać od oskarżenia.

— Długo pani matka choruje?

Marta odwróciła głowę.

— Od lat. Teraz jest gorzej.

— Serce?

— Między innymi.

— Miała wcześniej operację?

— Nie.

Aleksander skinął głową.

— A pani ojciec?

Pytanie zawisło zbyt ciężko.

Marta spoważniała.

— Nie mam ojca.

— Zmarł?

— Powiedziałam, że go nie mam.

Aleksander zamilkł.

To była granica.

Przynajmniej na razie.

W klinice Marta wysiadła, zanim kierowca zdążył całkowicie otworzyć drzwi.

— Dziękuję za podwiezienie.

— Pani Marto.

Zatrzymała się.

Aleksander również wysiadł.

— Czy mogę później z panią porozmawiać?

— O czym?

— O pani matce.

Jej spojrzenie stwardniało.

— Pan jej nie zna.

Aleksander nie odpowiedział.

I właśnie brak odpowiedzi sprawił, że Marta poczuła pierwszy prawdziwy niepokój.

— Zna ją pan?

— Nie wiem.

— Jak można nie wiedzieć, czy zna się człowieka?

— Czasami człowiek poznaje nazwisko długo przed osobą.

Marta patrzyła na niego jeszcze sekundę.

Potem odwróciła się i weszła do szpitala.

Aleksander został przed drzwiami.

Jeden z ochroniarzy, Piotr, podszedł bliżej.

— Sprawdzamy?

Aleksander patrzył na wejście.

— Dyskretnie.

— Helenę Lewandowską?

— Wszystko.

Piotr skinął głową.

Aleksander dodał:

— I archiwa mojego ojca.


Marta znalazła matkę na oddziale intensywnego nadzoru.

Helena wydawała się mniejsza niż jeszcze dwa tygodnie wcześniej.

Leżała pod jasną kołdrą, z rurką tlenową pod nosem i przewodami przyklejonymi do skóry.

Jej włosy, kiedyś ciemne, były niemal całkowicie siwe.

Marta usiadła obok.

— Mamo.

Helena otworzyła oczy.

— Przyjechałaś.

— Oczywiście.

— Miałaś pracę.

— Nie zaczynaj.

Na ustach starszej kobiety pojawił się słaby uśmiech.

Marta objęła jej dłoń.

Przez chwilę po prostu siedziały.

Wszystkie lęki z ostatnich godzin skupiły się w dotyku chłodnych palców matki.

— Lekarz mówił, że było gorzej.

— Trochę zamieszania.

— „Trochę zamieszania” nie wymaga monitorów z każdej strony.

Helena westchnęła.

— Zawsze przesadzasz.

— Pracuję w medycynie.

— Właśnie dlatego.

Marta chciała się uśmiechnąć.

Nie wyszło.

Po kilku minutach do sali wszedł doktor Borowski i omówił procedurę. Operacja była skomplikowana. Ryzyko wyższe niż zakładano. Jednak bez niej Helena mogła nie doczekać kolejnego miesiąca.

Marta podpisała dokumenty.

Dopiero później, kiedy zostały same, Helena spojrzała na torbę córki.

— Przywiozłaś papiery?

— Jakie?

— Z szuflady.

Marta przypomniała sobie kopertę.

— Wrzuciłam wszystko, bo szukałam wyników badań.

Helena gwałtownie się poruszyła.

Monitor zapiszczał.

— Mamo?

— Które dokumenty?

— Nie wiem. Stara koperta. Twoje nazwisko.

Twarz Heleny zmieniła się.

— Pokaż.

Marta wyjęła kopertę.

Helena chwyciła ją szybciej, niż pozwalał na to jej stan.

— Czy ktoś to widział?

— Co?

— Czy ktoś widział tę kopertę?

— Mamo, uspokój się.

— Marta.

Głos Heleny był nagle stanowczy.

— Ktoś widział?

Marta przypomniała sobie samolot.

Aleksandra.

Jego pytania.

„O pani matce.”

— Mężczyzna, który siedział obok mnie, mógł zobaczyć nazwisko.

Helena zbladła.