Po raz pierwszy tego wieczoru Marta poczuła, że naprawdę rozmawia z człowiekiem, który rozumie, że stracił jej zaufanie.
— Tomaszu.
— Tak?
— Jeżeli okaże się, że świadomie pomagałeś im krzywdzić tych ludzi, nie ochronię cię dlatego, że jesteśmy rodziną.
Skinął głową.
— Wiem.
— Nawet jeśli oznacza to proces.
— Wiem.
Ruszył ku drzwiom.
Zatrzymał się.
— Twój ojciec powiedział mi kiedyś coś, czego wtedy nie rozumiałem.
Marta czekała.
— „Najgroźniejszy człowiek w firmie to nie ten, który łamie zasady. To ten, który przekona wszystkich, że jego wyjątki są nowymi zasadami.”
— Mówił o Marku?
— Nie wiem.
Tomasz wyszedł.
*
Następnego dnia Marta nie pojawiła się w centrali.
Zamiast tego wysłała do członków zarządu krótką wiadomość:
„Nadzwyczajne posiedzenie rady i zarządu. Piątek, godz. 9:00. Obecność obowiązkowa.”
Nie podała powodu.
Przez kolejne dwa dni zewnętrzny zespół audytorów pracował w odizolowanym biurze kancelarii Leny.
Potwierdzili autentyczność większości dokumentów.
Odnaleźli ponad trzydzieści milionów złotych przelewów do podmiotów powiązanych z członkami Komitetu 17.
Zidentyfikowali sto osiemdziesiąt siedem przypadków zwolnień lub degradacji pracowników po zgłoszeniu problemów.
Najważniejsze odkrycie pojawiło się w czwartek wieczorem.
Kilka podpisów Tomasza było prawdziwych.
Czternaście innych — nie.
Zostały naniesione cyfrowo.
Lena położyła raport na stole.
— To nie czyni go niewinnym.
— Wiem.
— Ale oznacza, że ktoś rzeczywiście używał jego autoryzacji.
— Wiem.
Marta patrzyła na zestawienie.
— Co z Radosławem?
— Najwięcej zatwierdzeń operacyjnych. Najwięcej kontaktów ze spółkami zewnętrznymi. Najwięcej personalnych decyzji odwetowych.
— Marek?
— Projektował system. To on miał dostęp do skarg. To on tworzył profile pracowników. Finansowo korzystała jego rodzina.
— Iwona?
— Prawdopodobnie pośredniczyła przy fakturach.
— Czy wystarczy do zawiadomienia?
— Wystarczy do bardzo poważnego zawiadomienia.
Marta zamknęła teczkę.
— Najpierw jutro.
— Co chcesz zrobić?
— Dać im możliwość powiedzenia prawdy.
Lena zmarszczyła brwi.
— Myślisz, że powiedzą?
— Nie.
— Więc po co?
Marta spojrzała na nią.
— Chcę zobaczyć, jak daleko będą gotowi posunąć się, kiedy nadal będą wierzyć, że nie wiem wszystkiego.
*
W piątek o dziewiątej rano sala zarządu była pełna.
Marta pojawiła się punktualnie.
Tym razem nie miała na sobie starego żakietu.
Ciemny garnitur, prosta biała koszula, włosy spięte.
Nie było w jej wyglądzie niczego ostentacyjnego.
Nie potrzebowała tego.
Kiedy weszła, rozmowy ucichły.
Radosław siedział po lewej stronie stołu.
Przez moment patrzył na nią, jakby nie umiał połączyć kobiety przed sobą z tą, którą dwa dni wcześniej oblał wodą.
Marta zatrzymała wzrok na nim.
Zbladł.
Marek Kozioł siedział kilka miejsc dalej.
Wyglądał spokojniej.
Iwona Radecka obracała długopis między palcami.
Tomasz siedział naprzeciwko.
Nie uśmiechnął się.
Marta zajęła miejsce na końcu stołu.
— Dziękuję za przybycie.
Nikt się nie odezwał.
— Zanim przejdziemy do oficjalnej części, chcę zadać jedno pytanie.
Spojrzała na Radosława.
— Czy ma pan coś do powiedzenia na temat środowego incydentu?
Radosław przełknął ślinę.
— Pani prezes, przede wszystkim chciałbym wyrazić najgłębsze ubolewanie. Doszło do fatalnego nieporozumienia.
— Jakiego?
— Nie wiedziałem, kim pani jest.
W sali zaległa cisza.
Marta oparła dłonie na stole.
— Czyli gdyby wiedział pan, kim jestem, nie wylałby pan na mnie wody?
Radosław spuścił wzrok.
— Oczywiście.
— A gdybym naprawdę była bezrobotną kobietą szukającą pracy?
Nie odpowiedział.
— Wtedy byłoby to do przyjęcia?
— Nie.
— Dlaczego więc pan to zrobił?
Radosław odetchnął.
— Byłem pod ogromną presją. To nie usprawiedliwia mojego zachowania.
— Nie usprawiedliwia.
Marek wtrącił spokojnie:
— Myślę, że sprawę zachowania pana Salewskiego możemy zbadać w normalnym trybie dyscyplinarnym.
Marta spojrzała na niego.
— Oczywiście.
Marek wyraźnie się rozluźnił.
— Tyle że nie spotkaliśmy się tutaj z powodu wiadra z wodą.
Radosław zesztywniał.
Marta położyła na stole pierwszą teczkę.
Potem drugą.
Trzecią.
— Spotkaliśmy się z powodu trzydziestu jeden milionów czterystu tysięcy złotych.
Nikt się nie poruszył.
— Z powodu stu osiemdziesięciu siedmiu pracowników, których kariery zostały zniszczone po tym, jak zgłosili nieprawidłowości.
Marek przestał się uśmiechać.
— Z powodu systemu monitorowania lojalności zatrudnionych ludzi.
Iwona wypuściła długopis.
Marta otworzyła kolejną teczkę.
— I z powodu Komitetu Restrukturyzacyjnego 17.
Radosław natychmiast spojrzał na Marka.
Ten jeden odruch powiedział więcej niż słowa.
— Pani prezes — zaczął Marek — nie wiem, jakie dokumenty pani otrzymała, ale należy zachować ostrożność. W firmie istnieją osoby zainteresowane destabilizacją…
— Autentyczność dokumentów potwierdził niezależny audyt.
— Kto go przeprowadził?
— To nie ma znaczenia.
— Ma ogromne znaczenie.
— Nie dla pana.
Marek zacisnął szczękę.
Marta włączyła ekran.
Pojawiła się lista przelewów.
— Wisła Konsulting.
Marek nie drgnął.
— Firma pana siostry.
— Moja siostra prowadzi legalną działalność.
— Która otrzymała ponad osiem milionów złotych za projekty, których część nie została wykonana.
— To oskarżenie.
— To ustalenie audytorów.
Radosław odezwał się po raz pierwszy:
— Z całym szacunkiem, pani prezes, to wygląda jak próba publicznego procesu bez możliwości obrony.
Marta popatrzyła na niego.