Cała trójka spojrzała na ekran.

— Nie odbieraj — powiedziała Lena.

Marta odebrała.

— Tak?

Głos stryja był spokojny.

— Marto, gdzie jesteś?

— Dlaczego pytasz?

— Bo przed chwilą dostałem bardzo dziwną informację.

— Jaką?

Krótka pauza.

— Podobno przyszłaś dziś do biura przebrana za kandydatkę do pracy, a jeden z naszych dyrektorów… zachował się wobec ciebie skandalicznie.

Marta spojrzała na Lenę.

— Skąd wiesz?

— Monitoring.

— Oglądałeś?

— Tak.

W jego głosie pojawiła się złość.

— Salewski właśnie zniszczył sobie karierę.

— Myślisz, że na tym polega problem?

Tomasz ucichł.

— Co masz na myśli?

Marta mogła zapytać o przelewy.

O komitet.

O skargi.

Nie zrobiła tego.

— Nic. Jestem zmęczona.

— Wróć do domu.

— Dlaczego?

— Bo sytuacja zrobiła się nieprzyjemna.

— Dla kogo?

Dłuższa cisza.

— Marto, proszę. Dziś nie podejmuj żadnych decyzji. Jutro spotkajmy się rano.

— Dobrze.

Rozłączyła się.

Lena uniosła brwi.

— Skłamałaś.

— Tak.

— Pierwszy raz w życiu jesteś podobna do swojego ojca.

Marta nie odpowiedziała.

Patrzyła na nazwisko Jana w protokole.

Po chwili zauważyła ikonę załącznika.

Kliknęła.

Był to zeskanowany list.

Pismo ojca.

Datowany dziewięć dni przed śmiercią.

„Tomaszu, jeżeli moje obawy się potwierdzą, musisz rozwiązać Komitet 17. Nie pozwól, aby Marek przejął ten system. Marta nie może odziedziczyć firmy, w której ludzie boją się mówić prawdę.”

Marta przestała oddychać.

Pod listem znajdowało się odręczne dopisanie.

„Jeśli coś mi się stanie, powiedz jej wszystko.”

*

Noc spędziła w kancelarii.

Nie spała.

O trzeciej nad ranem wciąż przeglądała dokumenty, starając się oddzielić fakty od emocji.

Odkrywała dwie równoległe historie.

Pierwsza zaczęła się jeszcze za życia jej ojca.

Jan Wysocki, dowiedziawszy się o poważnej chorobie, obawiał się chaosu sukcesyjnego. Marta miała wtedy trzydzieści dwa lata i kierowała zagranicznym oddziałem firmy, ale nie była jeszcze przygotowana na natychmiastowe przejęcie całej grupy.

Jan stworzył niewielki komitet, który miał zabezpieczyć firmę przed wewnętrzną walką o władzę.

Tomasz miał chronić interes rodziny.

Marek Kozioł odpowiadał za kadry.

Radosław — wtedy jeszcze dyrektor operacyjny — miał utrzymać ciągłość regionalną.

Druga historia zaczynała się kilka miesięcy po śmierci Jana.

Komitet nie został rozwiązany.

Zmienił charakter.

Powstawały spółki konsultingowe.

Zaczęły przepływać pieniądze.

Pracowników klasyfikowano według posłuszeństwa.

Skargi przechwytywano.

Ludzi usuwano.

Tylko jedna rzecz pozostawała niejasna.

Rola Tomasza.

Jego podpisy widniały na części dokumentów.

W korespondencji czasem brzmiał jak uczestnik.

Innym razem jak człowiek nieświadomy szczegółów.

O czwartej Lena przyniosła kawę.

— Znalazłam coś.

Marta odsunęła laptop.

Lena pokazała rejestr właścicieli jednej ze spółek.

Wisła Konsulting należała formalnie do Doroty Kozioł.

— Żony Marka?

— Siostry.

— Czyli pieniądze trafiały do rodziny dyrektora HR.

— Tak.

Druga firma należała do wspólnika Radosława sprzed kilkunastu lat.

Trzecia prowadziła działalność pod adresem mieszkania matki Iwony Radeckiej.

Układ stawał się czytelny.

Marta poczuła jednak coś jeszcze.

Złość.

Nie gwałtowną.

Chłodną.

Przez lata ufała raportom, procedurom i ludziom, którzy zapewniali ją, że firma działa według standardów, jakie stworzył jej ojciec.

Tymczasem kilkadziesiąt pięter niżej ludzie tracili pracę za mówienie prawdy.

A ona tego nie widziała.

To bolało bardziej niż woda wylana przez Radosława.

Upokorzenie trwało minutę.

Ignorancja — lata.

— Chcę listę wszystkich zwolnionych osób — powiedziała.

— Po co?

— Porozmawiam z nimi.

— Z każdym?

— Z tyloma, z iloma będzie trzeba.

*

Pierwszą osobą była Anna Majewska.

Mieszkała w niewielkim mieszkaniu na Ursynowie. Kiedy Marta zadzwoniła i przedstawiła się, Anna początkowo uznała telefon za żart.

Zgodziła się na spotkanie dopiero po długiej rozmowie.

Spotkały się rano w piekarni.

Anna miała około czterdziestu lat, zmęczoną twarz i ostrożny sposób mówienia.

— Dlaczego pani przychodzi teraz? — zapytała.

Marta mogła odpowiedzieć korporacyjną formułką.

Nie zrobiła tego.

— Bo wcześniej nie wiedziałam. I to jest także moja odpowiedzialność.

Anna patrzyła na nią długo.

— Wie pani, co jest najgorsze?

— Co?

— Nie Salewski.

Marta czekała.

— Najgorsze było to, że wszyscy wiedzieli, jaki jest. Kadry wiedziały. Dyrektorzy wiedzieli. Ludzie wysyłali skargi. A potem składało się oficjalne zawiadomienie i dwa dni później Salewski znał każde słowo.

— Co się stało pani?

Anna ścisnęła kubek.

— Znalazłam fakturę na dwieście osiemdziesiąt tysięcy za „analizę efektywności magazynowej”. Pracowałam przy budżecie magazynów. Takiego projektu nie było.

— Zgłosiła pani?

— Tak.

— Komu?

— Markowi Koziołowi.

Marta poczuła znajome zimno.

— A potem?

— Wezwał mnie Salewski. Powiedział, że jestem ambitna, ale źle rozumiem biznes. Tydzień później dostałam naganę. Miesiąc później zarzucono mi wyniesienie poufnych danych.

— Wyniosła pani?

— Nie.

Anna spojrzała prosto na nią.

— Pani Marto, oni nie musieli mieć dowodów. Potrzebowali tylko powodu, żeby przestraszyć innych.

— Dlaczego nikt nie poszedł do sądu?

Anna roześmiała się bez radości.

— Niektórzy poszli. Firma miała prawników. My mieliśmy kredyty.

Marta odwróciła wzrok.

To zdanie zapamiętała.

„Firma miała prawników. My mieliśmy kredyty.”

Kolejne spotkania wyglądały podobnie.

Krzysztof Banach opowiedział o fałszywych protokołach.