Joanna Michalska pokazała kopie wiadomości, w których prosiła o niezależne postępowanie w sprawie Radosława.

Były kierownik magazynu opisał spotkanie, podczas którego kazano mu zwolnić siedmiu pracowników, bo „zadają zbyt wiele pytań”.

Z każdą rozmową obraz stawał się coraz pełniejszy.

Ale pojawiała się też nowa zagadka.

Kilka osób mówiło, że przez pewien czas próbował im pomóc ktoś „z góry”.

Nie znali nazwiska.

Ktoś blokował część zwolnień.

Ktoś czasem przywracał premie.

Ktoś żądał dodatkowych uzasadnień.

Marta zaczęła podejrzewać Tomasza.

Jeżeli brał udział w komitecie, być może próbował ograniczać działania pozostałych.

Ale dlaczego niczego jej nie powiedział?

Odpowiedź przyszła szybciej, niż oczekiwała.

Tego samego wieczoru Tomasz pojawił się przed jej apartamentem.

Nie zapowiadał wizyty.

Marta zobaczyła go przez kamerę przy drzwiach.

Był sam.

Wpuściła go.

Stryj wszedł do salonu i przez kilka sekund patrzył na nią bez słowa.

— Masz dokumenty — powiedział.

Nie było sensu udawać.

— Tak.

Tomasz zamknął oczy.

— Ile?

— Wystarczająco dużo.

— Od kogo?

— To teraz najmniej ważne.

— Nie. To bardzo ważne.

— Dlaczego?

— Bo jeśli dostałaś je od osoby, o której myślę, ktoś tobą manipuluje.

Marta skrzyżowała ręce.

— Wyjaśnij mi Komitet 17.

Tomasz odwrócił się ku oknu.

Długo nic nie mówił.

— Twój ojciec był chory wcześniej, niż ci powiedział.

— Wiem.

Tomasz spojrzał na nią.

— Skąd?

— Jego list.

Twarz mu się zmieniła.

— Jaki list?

Marta obserwowała każdą reakcję.

— Do ciebie. Dziewięć dni przed śmiercią.

Tomasz usiadł.

Wyglądał nagle starzej.

— Myślałem, że zaginął.

— Czytałeś go?

— Tak.

— Więc dlaczego nie zrobiłeś tego, o co prosił?

Stryj ścisnął dłonie.

— Bo po jego śmierci firma zaczęła się rozpadać od środka.

— Nieprawda.

— Ty tego nie widziałaś.

Marta poczuła ukłucie.

— Wytłumacz.

— Część zarządu uważała, że jesteś za młoda. Inwestorzy naciskali. Dwóch dyrektorów próbowało przygotować wykup menedżerski. Banki chciały dodatkowych zabezpieczeń. Gdybym wtedy ogłosił rozwiązanie komitetu i ujawnił chorobę Jana, rynek dostałby sygnał, że nie kontrolujemy sytuacji.

— Więc go zostawiłeś.

— Na kilka miesięcy.

— Minęło pięć lat.

Tomasz wstał.

— Wiem.

— Podpisywałeś przelewy.

— Podpisywałem budżety.

— Do spółek powiązanych z Koziołem i Salewskim.

— Nie wiedziałem o powiązaniach.

— Mam uwierzyć, że przez pięć lat niczego nie zauważyłeś?

Tomasz spojrzał jej w oczy.

— Nie.

Odpowiedź ją zaskoczyła.

— Co?

— Nie proszę, żebyś uwierzyła, że niczego nie zauważyłem. Zauważyłem za późno.

Usiadł ponownie.

— Dwa lata temu zorientowałem się, że raporty personalne są wykorzystywane nie do ochrony firmy, ale do pozbywania się ludzi. Zacząłem blokować część decyzji. Wtedy Marek pokazał mi dokumenty z moimi podpisami.

— Szantażował cię?

— Powiedział, że jeżeli zacznę mówić, przedstawi wszystko tak, jakbym to ja stworzył system.

— A ty się przestraszyłeś.

Tomasz nie odpowiedział.

To wystarczyło.

— Mogłeś przyjść do mnie.

— Powinienem.

— Mogłeś powiedzieć prawdę.

— Tak.

— Zamiast tego pozwoliłeś, żeby ludzie tracili pracę.

— Nie pozwoliłem.

— Tomaszu, oni zostali zwolnieni.

— Wiem!

Pierwszy raz podniósł głos.

Potem natychmiast go opuścił.

— Wiem — powtórzył ciszej. — I będę z tym żył do końca.

Marta czuła złość, ale widziała też coś, czego nie potrafiła udawać, że nie dostrzega.

Wstyd.

Prawdziwy.

Nie oczyszczał go z odpowiedzialności.

Ale był czymś innym niż cynizm Radosława.

— Kto wysłał mi dokument? — zapytała.

Tomasz spojrzał na nią.

— Nie wiem.

— Powiedziałeś, że ktoś mną manipuluje.

— Bo od kilku miesięcy ktoś wysyła również mnie materiały.

— Jakie?

Wyjął telefon.

Pokazał wiadomości z nieznanego numeru.

Zdjęcia faktur.

Fragmenty maili.

Nagrania rozmów.

Jedna wiadomość brzmiała:

„Jeśli nie zatrzymasz Marty, dowie się o wszystkim.”

Druga:

„Jeśli powiesz jej prawdę, odpowiesz jako pierwszy.”

Marta poczuła, że cała układanka ponownie się przesuwa.

— Kto znał mój prywatny numer?

— Ja. Lena. twój prawnik. Kilka osób z ochrony zarządu.

— I ojciec.

— Ojciec nie żyje.

Marta spojrzała na niego.

— Wiem.

Tomasz przejrzał swoje wiadomości.

— Jest jeszcze coś.

Otworzył nagranie.

Głos Radosława.

„Nie interesuje mnie, czy Tomasz podpisze świadomie. Wystarczy, że dokument będzie wyglądał jak zatwierdzony.”

Drugi głos należał do Marka Kozioła.

„A jeśli Marta się zainteresuje?”

Radosław roześmiał się.

„Nie interesuje się ludźmi. Interesują ją wyniki.”

Marta poczuła pieczenie pod powiekami.

Nie dlatego, że zdanie było prawdziwe.

Dlatego, że mogło zawierać wystarczająco dużo prawdy, aby zaboleć.

Skupiała się na wynikach.

Wierzyła raportom.

Zbyt rzadko schodziła na niższe piętra.

Zbyt często zakładała, że procedury działają.

— Chcę całe nagranie — powiedziała.

— Wyślę ci.

— I wszystkie wiadomości.

— Dobrze.

— Jutro rano zbieram radę nadzorczą.

Tomasz gwałtownie podniósł głowę.

— Nie.

— Dlaczego?

— Bo Marek ma tam ludzi.

— Ilu?

— Nie wiem.

— Więc właśnie dlatego trzeba to zrobić.

— Marto, jeśli pokażesz dokumenty zbyt wcześnie, powiedzą, że są sfałszowane. Potrzebujesz niezależnego audytu.

— Już go uruchamiam.

— Kogo wybrałaś?

Nie odpowiedziała.

Tomasz uśmiechnął się smutno.

— Dobrze. Nie mów mi.