Drugi sprawił, że Marta przestała oddychać.

Należał do Tomasza Wysockiego — jej stryja, członka rady nadzorczej i jedynej osoby z rodziny, której ufała bez zastrzeżeń.

Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, telefon zadzwonił.

Paweł.

Odebrała.

Przez kilka sekund słyszała jedynie ciężki oddech.

— Pani Marto — powiedział w końcu. — Jeśli chce pani wiedzieć, dlaczego ci ludzie naprawdę boją się Salewskiego, musi pani zobaczyć archiwum w piwnicy.

Rozległ się trzask.

Ktoś krzyknął w tle.

Połączenie zostało przerwane.

CZĘŚĆ 3

Marta przez kilka sekund stała nieruchomo przed ogromną szklaną fasadą budynku, w którym formalnie należało do niej niemal wszystko, a mimo to po raz pierwszy od wielu lat czuła się przed nim jak ktoś obcy.

Ludzie mijali ją w pośpiechu. Samochody przesuwały się Aleją Prostej. Tramwaj zadzwonił na skrzyżowaniu. Miasto działało zwyczajnie, obojętne na to, że pod warstwą szkła, stali i korporacyjnych procedur zaczynała odkrywać coś, co mogło podważyć fundamenty firmy pozostawionej jej przez ojca.

Spojrzała jeszcze raz na ekran telefonu.

Dziewiętnaście milionów złotych.

Radosław Salewski.

Tomasz Wysocki.

Stryj, który po śmierci ojca siedział przy niej przez całą noc w szpitalnym pokoju. Człowiek, który podczas pogrzebu trzymał ją za ramię i obiecywał, że nie pozwoli, aby ktoś wykorzystał jej brak doświadczenia. Ten sam Tomasz, który przez kolejne lata nie raz powtarzał, że najważniejsza w biznesie jest lojalność.

Marta przypomniała sobie jego ulubione zdanie.

„Firma może stracić pieniądze. Nie może stracić zaufania.”

Teraz jego podpis znajdował się pod dokumentem, którego istnienia nie potrafiła wyjaśnić.

Nie chciała od razu przyjmować najgorszej wersji wydarzeń.

Podpis można było skopiować.

Dokument sfabrykować.

Zdjęcie spreparować.

Lecz ostrzeżenie Pawła było prawdziwe.

„Niech pani nie wraca dziś do swojego gabinetu.”

Dlaczego?

Marta schowała telefon i weszła do pobliskiej kawiarni. W toalecie osuszyła włosy papierowymi ręcznikami, wykręciła rękawy żakietu, a potem spojrzała na własne odbicie.

Makijaż niemal całkowicie spłynął. Twarz miała bladą. Włosy przyklejały się do skroni.

Po raz pierwszy od dawna wyglądała dokładnie tak, jak się czuła.

Nie jak prezes.

Jak człowiek, któremu ktoś właśnie wyrwał spod nóg pewność, że zna własny świat.

Wyjęła z torby drugi telefon.

Ten numer nie znajdował się w żadnym firmowym katalogu. Miały go tylko trzy osoby: jej prawnik, szef zewnętrznego audytu bezpieczeństwa i Lena Przybylska, przyjaciółka ze studiów, która od kilku lat prowadziła małą kancelarię zajmującą się przestępstwami gospodarczymi.

Zadzwoniła do Leny.

— Potrzebuję cię.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

Lena znała ją wystarczająco dobrze, by zrozumieć ton.

— Co się stało?

— Nie przez telefon.

— Gdzie jesteś?

Marta podała adres kawiarni.

— Dwadzieścia minut.

— I Lena…

— Tak?

Marta spojrzała przez okno na wieżowiec.

— Przyjedź sama.

Rozłączyła się.

Wróciła do stolika ustawionego w głębi sali. Zamówiła herbatę, choć dłonie wciąż miała zimne. Przez następne minuty analizowała wszystko, co widziała od wejścia do budynku.

Ochroniarz, który nie zwrócił na nią uwagi.

Dyrektorzy rozmawiający o zwolnieniach.

Recepcjonistka zastraszana telefonem od matki.

Stażyści patrzący pod nogi.

Radosław działający publicznie, bez najmniejszego lęku przed konsekwencjami.

To ostatnie nie dawało jej spokoju.

Ludzie, którzy boją się zwierzchników, zazwyczaj ukrywają najgorsze zachowania.

Radosław nie ukrywał niczego.

Upokorzył ją przed czterdziestoma osobami.

Oblał wodą.

Nie zastanawiał się, czy ktoś nagrywa.

Nie bał się skargi.

To oznaczało, że uważał system za bezpieczny.

Dla siebie.

Kiedy Lena weszła do kawiarni, Marta prawie jej nie poznała. Przyjaciółka miała na sobie szary płaszcz i sportowe buty, włosy związała niedbale.

Usiadła naprzeciwko.

— Co ty ze sobą zrobiłaś?

— Eksperyment.

— Sądząc po wyglądzie, mało udany.

Marta przesunęła w jej stronę telefon.

Lena przeczytała wiadomości. Przy drugim zdjęciu zmarszczyła brwi.

Przy podpisie Tomasza spojrzała na Martę.

— Jesteś pewna, że to jego podpis?

— Widziałam go tysiące razy.

— To jeszcze nie znaczy, że dokument jest prawdziwy.

— Wiem.

Lena powiększyła zdjęcie.

— Spółka „Wisła Konsulting”. Kojarzysz?

— Nie.

— Numer rachunku?

— Nie.

— Opis przelewów: usługi restrukturyzacyjne, audyt procesowy, doradztwo personalne. Idealne kategorie, jeśli ktoś chce wyprowadzać pieniądze, nie kupując fizycznych towarów.

Marta podniosła wzrok.

— Nie mów, że to już przestępstwo.

— Niczego nie mówię bez dokumentów. Mówię tylko, co widzę.

Przez kilka chwil milczały.

— Paweł wspomniał archiwum w piwnicy — powiedziała Marta.

— I chcesz tam zejść.

— Tak.

— Po tym, jak ktoś ostrzegł cię, żebyś nie wracała do budynku.

— To mój budynek.

Lena westchnęła.

— Właśnie dlatego czasami jesteś najbardziej nierozsądną osobą, jaką znam.

— Jeżeli za tym stoi ktoś z góry, jutro archiwum może być puste.

To argument, którego Lena nie zignorowała.

Wyjęła telefon, ale Marta złapała ją za rękę.

— Bez policji.

— Jeśli istnieje podejrzenie przestępstwa…

— Podejrzenie to nie dowód. Jeżeli wejdziemy tam z policją, a okaże się, że dokument został podrobiony, informacja rozejdzie się po całej grupie. Każdy, kto naprawdę coś robi, będzie miał czas posprzątać.

Lena powoli schowała telefon.

— Więc czego chcesz?

— Żebyś była świadkiem.

— Czego?

— Tego, co znajdziemy.

*