— Właśnie dlatego zacząłem podejrzewać, że ktoś filtruje wszystko przed panią.

Marta oparła dłoń o regał.

Przez pięć lat szczyciła się systemem zarządzania, który miał eliminować chaos. Delegowała odpowiedzialność. Budowała warstwy kontroli. Uważała, że do jej biura trafiają najważniejsze sprawy.

Teraz odkrywała, że te same warstwy mogły stać się murem.

— Co jest na pendrivie?

— Kopie faktur, listy zwolnionych ludzi, część korespondencji.

— I dowody na udział Tomasza?

Paweł milczał.

— Pytam, czy masz dowody.

— Mam dowody, że zatwierdzał dokumenty. Nie wiem, dlaczego.

To rozróżnienie było ważne.

Marta je zapamiętała.

— Musimy wyjść — powiedziała Lena.

Paweł spojrzał na zegarek.

— Tak.

Ruszyli ku drzwiom.

Na korytarzu rozległ się dzwonek telefonu Pawła.

Spojrzał na ekran.

Radosław.

Nie odebrał.

Po sekundzie przyszła wiadomość.

Paweł przeczytał ją i pobladł.

— Co? — zapytała Marta.

Podał jej telefon.

„Przekaż właścicielce, że zabawa się skończyła.”

*

Tym razem nie wróciły do kawiarni.

Lena zawiozła ich do swojej kancelarii w starej kamienicy na Mokotowie.

Paweł po drodze niemal się nie odzywał. Siedział z tyłu i patrzył przez okno, jakby spodziewał się, że ktoś jedzie za nimi.

W kancelarii Lena zamknęła drzwi, wyłączyła sieć bezprzewodową na jednym z komputerów i uruchomiła pendrive na oddzielnym urządzeniu.

Było na nim ponad sześćset plików.

Faktury.

Protokoły.

Wiadomości.

Arkusze kalkulacyjne.

Listy nazwisk.

Marta przeglądała je przez dwie godziny.

Im więcej czytała, tym mniej wyglądało to na zwykłą kradzież.

Część usług rzeczywiście nie istniała.

Ale część była wykonywana.

Firmy zewnętrzne przygotowywały analizy pracowników, oceny „ryzyka lojalnościowego”, profile osób składających skargi i rekomendacje dotyczące zwolnień.

Na jednym z arkuszy znajdowała się kolumna zatytułowana „reakcja na presję”.

Obok nazwisk wpisano:

„podatny”.

„konfliktowy”.

„ma zobowiązania finansowe”.

„samotnie wychowuje dziecko”.

„unikać — prawnik w rodzinie”.

Marta poczuła mdłości.

To nie był spontaniczny mobbing.

Ktoś stworzył system.

Ludzie byli oceniani nie według jakości pracy, lecz według tego, jak łatwo można ich zastraszyć.

— Spójrz — powiedziała Lena.

Otworzyła wiadomość sprzed czternastu miesięcy.

Nadawca: Marek Kozioł.

Odbiorcy: Radosław Salewski, Iwona Radecka, Tomasz Wysocki.

Temat: „Etap 4”.

Treść była krótka.

„W związku z oporem części zespołów konieczne będzie przyspieszenie rotacji. T.W. zatwierdził dodatkowy budżet. R.S. odpowiada za realizację regionalną.”

Marta czytała trzy razy.

— T.W. — powiedziała Lena. — Może oznaczać Tomasza Wysockiego.

— Może.

Paweł podniósł głowę.

— Jest więcej.

Znalazł kolejną wiadomość.

Tym razem Tomasz pisał bezpośrednio.

„Nie chcę więcej skarg trafiających wyżej. Procedury mają działać tak, jak ustaliliśmy.”

Marta poczuła, jak coś w niej pęka.

Nie było już łatwo powiedzieć, że podpis ktoś skopiował.

— Muszę z nim porozmawiać.

Lena od razu zaprzeczyła.

— Nie.

— Jest moją rodziną.

— Właśnie dlatego nie.

— Lena…

— Posłuchaj mnie. Jeśli bierze udział w tym procederze i zorientuje się, co masz, dokumenty znikną. Jeżeli nie bierze udziału, konfrontacja bez pełnego obrazu może tylko zniszczyć relację.

Marta wstała.

— Mam siedzieć tutaj i czytać, jak mój stryj zatwierdzał zastraszanie ludzi?

— Masz dowiedzieć się prawdy.

— To właśnie zrobię.

Paweł odezwał się cicho.

— Pani Marto, jest coś jeszcze.

Marta odwróciła się.

— Co?

— Komitet nie powstał po śmierci pani ojca.

— Jak to?

Paweł otworzył folder oznaczony datą sprzed sześciu lat.

Rok przed śmiercią Jana Wysockiego.

W środku znajdował się protokół spotkania.

Na liście uczestników widniało nazwisko Tomasza.

Radosława.

Marka Kozioła.

I jeszcze jedno.

Jan Wysocki.

Ojciec Marty.

Przez chwilę nikt się nie odezwał.

Marta usiadła.

Wpatrywała się w nazwisko.

To musiała być pomyłka.

Jej ojciec zbudował Grupę Bursztynową od niewielkiej firmy logistycznej do międzynarodowego przedsiębiorstwa. Był wymagający, czasem bezwzględny w negocjacjach, ale zawsze powtarzał, że ludzi nie wolno traktować jak kosztu w arkuszu.

To on nauczył ją chodzić po magazynach i rozmawiać z pracownikami.

To on pamiętał imiona kierowców.

To on potrafił odwołać spotkanie z bankiem, żeby pojechać na pogrzeb wieloletniego magazyniera.

— Otwórz — powiedziała.

Paweł kliknął.

Protokół był lakoniczny.

„Projekt Jantar. Restrukturyzacja struktur regionalnych. Analiza zagrożeń wewnętrznych. Ochrona ciągłości własnościowej.”

Ostatnie trzy słowa przyciągnęły uwagę Marty.

— Ciągłości własnościowej?

Lena przewinęła niżej.

„W przypadku zdarzenia sukcesyjnego priorytetem jest zachowanie kontroli w rękach rodziny Wysockich.”

Marta poczuła niepokój.

— Mój ojciec był wtedy zdrowy.

Paweł spojrzał na nią.

— Na pewno?

Marta chciała odpowiedzieć natychmiast.

Nie zrobiła tego.

Rok przed śmiercią Jan zaczął częściej wyjeżdżać na badania.

Mówił, że to rutynowe kontrole.

Pół roku później zachorował gwałtownie.

Trzy miesiące potem nie żył.

— Nie wiedziałam — wyszeptała.

Lena zamknęła plik.

— To zmienia sytuację.

— Nie. To tylko znaczy, że musimy zrozumieć, czym pierwotnie był ten komitet.

Paweł wskazał daty.

— Po śmierci pani ojca dokumenty stają się inne. Najpierw chodzi o sukcesję i ochronę firmy. Później zaczynają pojawiać się listy pracowników, faktury i transfery.

— Czyli ktoś mógł wykorzystać istniejącą strukturę do czegoś innego.

— Tak.

Marta pomyślała o Tomaszu.

Może właśnie dlatego podpisał pierwsze dokumenty.

Może był częścią projektu ojca.

A później?

Tego nadal nie wiedziała.

Telefon Marty zadzwonił.

Tomasz.