Przez następną godzinę nie było krzyków.
To było gorsze.
Były liczby.
Trzysta pięćdziesiąt tysięcy od Danuty.
Sto osiemdziesiąt tysięcy kredytu.
Prawie sto tysięcy z mojej karty.
Ponad sto siedemdziesiąt tysięcy wcześniejszej pomocy ode mnie.
Zaległości restauracji.
Leasing.
Kredyt samochodowy.
Długi Karoliny wobec dwóch podwykonawców.
Na koniec Paweł powiedział:
— Łączne zobowiązania gospodarstwa domowego i działalności przekraczają milion złotych.
Karolina zaczęła płakać.
Nie teatralnie.
Naprawdę.
— Myślicie, że ja nie wiem?
Nikt się nie odezwał.
— Myślicie, że zasypiam spokojnie? — ciągnęła. — Każdego dnia budzę się i pierwsze, co robię, to sprawdzam konto. Czy komornik czegoś nie zajął. Czy ktoś nie wypowiedział umowy. Czy restauracja nie dostała kolejnego wezwania.
— Dlaczego mi nie powiedzieliście? — zapytałam.
Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
— Bo byś zaczęła mówić, że trzeba sprzedać restaurację.
— Bo trzeba było to rozważyć.
— Dla ciebie wszystko jest proste. Cyferki się nie zgadzają, zamknąć, sprzedać, spłacić.
— Prowadziłam firmę trzydzieści sześć lat.
— I zawsze wszystko ci wychodziło!
W jej głosie było coś nowego.
Nie tylko złość.
Żal.
— Nie — powiedziałam. — Nie zawsze.
— Miałaś mieszkania. Firmę. Męża, który cię wspierał.
— A ty myślisz, że wszystko dostałam?
— Nie. Ale nigdy nie bałaś się, że dzieciom zabiorą dom.
Danuta nagle odezwała się cicho.
— Ja się bałam.
Karolina spojrzała na nią.
— Mamo…
— Jak twój ojciec narobił długów. Miałaś trzynaście lat.
Karolina zacisnęła usta.
Danuta mówiła dalej:
— Pamiętasz, jak przyszło pismo, że mieszkanie może pójść pod młotek?
— Nie chcę o tym rozmawiać.
— Ale właśnie o tym jest cała ta historia.
Pierwszy raz zrozumiałam pewną rzecz.
Karolina nie próbowała zebrać majątku tylko dlatego, że była zachłanna.
Ona panicznie bała się utraty domu.
Całe dorosłe życie budowała zabezpieczenia.
Tylko że kiedy zaczęły się problemy, strach zamienił się w coś niebezpiecznego.
W przekonanie, że każdy cudzy zasób można wykorzystać, jeśli stawką jest jej poczucie bezpieczeństwa.
— Mieszkanie Elżbiety nie jest waszym zabezpieczeniem — powiedziała Danuta.
Karolina otarła oczy.
— Kiedyś będzie Michała.
— Nie wiesz tego.
— Jest jedynakiem.
— Przestań — powiedział Michał.
Odwróciła się do niego.
— Co?
— Przestań mówić o mieszkaniu mamy, jakby już nie żyła.
W kancelarii zrobiło się cicho.
Karolina patrzyła na niego tak, jakby dostała policzek.
— To ty mówiłeś dokładnie to samo.
— Wiem.
— Ty napisałeś tę kartkę.
— Wiem.
— Ty umówiłeś notariusza.
— Wiem.
— A teraz będziesz udawał świętego?
— Nie.
Michał pochylił się do przodu.
— Właśnie dlatego chcę to skończyć.
— Co skończyć?
— Restaurację.
Karolina wstała.
— Zwariowałeś.
— Karolina…
— Nie.
— Lokal zjada czterdzieści tysięcy miesięcznie.
— Wyjdziemy z tego.
— Od roku tak mówimy.
— Sezon będzie lepszy.
— Każdy sezon miał być lepszy.
— A co mamy zrobić? Zamknąć wszystko i powiedzieć ludziom, że przegraliśmy?
Michał spojrzał na nią.
— Tak.
To jedno słowo zmieniło całą rozmowę.
— Sprzedamy wyposażenie. Zakończymy leasing. Dogadam się z wierzycielami. Sprzedamy mój samochód.
— Nasz samochód.
— Mój jest w leasingu firmy.
— A dom?
Michał milczał.
Karolina patrzyła na niego.
— Chcesz sprzedać dom?
— Jeśli będzie trzeba.
— Nie.
— Karolina…
— Nie zrobię dzieciom tego, co zrobił nam mój ojciec.
Danuta zamknęła oczy.
— Twój ojciec zrobił nam dokładnie to, co ty teraz robisz.
Karolina zamarła.
— Zadłużał się, żeby nikt nie zobaczył, że już nie daje rady.
To był pierwszy moment, kiedy zobaczyłam u Karoliny prawdziwy strach.
Nie przed utratą pieniędzy.
Przed tym, że stała się podobna do człowieka, którego całe życie obwiniała.
Spotkanie skończyło się po trzech godzinach.
Nie zawarliśmy ugody.
Ale ustaliliśmy jedną rzecz.
Nikt nie będzie więcej mówił o moim mieszkaniu jako źródle spłaty.
Danuta miała zostać wpisana do planu spłat.
Michał miał rozpocząć proces zamykania nierentownej restauracji.
A płatności moją kartą miały zostać rozliczone osobno.
Karolina podpisała krótkie oświadczenie, że nie miała mojej zgody na korzystanie z pieniędzy w opisany sposób.
Długo trzymała długopis.
— Jeśli to podpiszę, możesz iść na policję.
— Mogę.
— Pójdziesz?
Popatrzyłam na nią.
— Jeszcze nie zdecydowałam.
— Czyli będziesz mnie tym szantażować.
— Nie.
Pochyliłam się.
— Szantaż wygląda tak: „zrób coś, czego chcę, albo cię skrzywdzę”. Ja mówię coś innego. Oddajcie to, co wzięliście. Uporządkujcie swoje długi. Nie dotykajcie więcej moich pieniędzy. I nigdy więcej nie używajcie dzieci jako argumentu.
— A jak nie?
— Wtedy będę chroniła siebie legalnymi środkami.
Karolina podpisała.
Tego samego wieczoru dostałam wiadomość od Leny.
„Czy nadal możemy się spotkać?”
Odpisałam od razu.
„Zawsze.”
W sobotę przyszła sama.
Michał ją przywiózł.
Stał na dole.
Nie wszedł.
Lena zdjęła kurtkę i przez chwilę kręciła się w przedpokoju.
— Jesteś na mnie zła?
— Za co?
— Za dworzec.
— Nie.
— Powinnam była coś powiedzieć.
— Masz czternaście lat.
— Ale wiedziałam.
— A dorośli wiedzieli wcześniej.
Spojrzała na mnie.