CZĘŚĆ 1

— Pani Elu, pani chyba nie jedzie.

Usłyszałam te słowa, zanim zdążyłam postawić walizkę obok ławki na dworcu Gdańsk Główny.

Spojrzałam na Danutę, matkę mojej synowej. Siedziała obok mojego wnuka Olka i trzymała nową, bordową walizkę. Do uchwytu miała przypiętą zawieszkę z nazwą hotelu w Zakopanem, dokładnie taką samą, jaką tydzień wcześniej dostałam pocztą razem z potwierdzeniem rezerwacji.

Przez sekundę pomyślałam, że coś pomyliłam.

Potem zobaczyłam Karolinę.

Stała kilka metrów dalej, w jasnym płaszczu, z telefonem przy uchu. Kiedy mnie zauważyła, nawet się nie speszyła.

— Dobrze, że jesteś — powiedziała. — Chciałam do ciebie napisać.

— Dlaczego twoja mama ma walizkę?

Danuta spuściła wzrok.

Mój syn Michał nagle zainteresował się tablicą odjazdów.

To wystarczyło, żebym poczuła pierwsze ukłucie niepokoju.

Wyjazd planowałam od pięciu miesięcy. Osiem dni w Zakopanem podczas ferii. Dwa apartamenty rodzinne w czterogwiazdkowym hotelu, śniadania, kolacje, termy, kulig, instruktor narciarski dla dzieci, bilety na Kasprowy Wierch i osobna wycieczka saniami, o której Olek opowiadał wszystkim kolegom.

Zapłaciłam prawie sześćdziesiąt cztery tysiące złotych.

Nie dlatego, że mnie na to nie było stać.

Po sprzedaży biura rachunkowego i części udziałów w firmie, którą budowałam z mężem jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, pieniędzy mi nie brakowało.

Chciałam po prostu zrobić coś dla rodziny.

Dla Michała.

Dla Karoliny.

Dla Leny i Olka.

I, pierwszy raz od śmierci mojego męża, również trochę dla siebie.

— Mama jedzie z nami — oznajmiła Karolina.

— Dokąd?

Popatrzyła na mnie tak, jakby pytanie było dziecinne.

— Do Zakopanego.

— Wiem, dokąd jedziemy. Pytam, dlaczego.

Michał odwrócił się plecami.

Karolina poprawiła szalik.

— Zmieniliśmy trochę układ.

— Jaki układ?

— Mama zajmie twoje miejsce.

Nie odpowiedziałam.

Wokół nas ludzie ciągnęli walizki, ktoś nawoływał dziecko, z głośników płynął komunikat o pociągu do Warszawy.

Ja słyszałam tylko własny oddech.

— Moje miejsce?

— Elu, nie róbmy sceny — powiedziała ciszej. — Dzieciaki bardziej potrzebują babci, która dotrzyma im kroku. Mama chodzi na basen, jeździ z nimi na rowerach. Ty przecież od dwóch lat narzekasz na kolano.

Miałam zwyrodnienie, które nie przeszkadzało mi chodzić po kilka kilometrów dziennie.

Karolina dobrze o tym wiedziała.

— Czyli wyrzuciliście mnie z wyjazdu, za który zapłaciłam?

Michał w końcu spojrzał na mnie.

— Mamo…

Czekałam.

— Danuta rzadko gdzieś wyjeżdża — powiedział. — Ty możesz sobie pojechać, kiedy chcesz.

Pamiętam, że właśnie wtedy coś we mnie zgasło.

Nie wybuchło.

Nie pękło.

Po prostu zgasło.

Przypomniałam sobie przelewy, które robiłam Michałowi, kiedy jego restauracja miała słabszy miesiąc.

Opłacone kolonie Leny.

Naprawę ich samochodu.

Sześćdziesiąt tysięcy na remont lokalu.

Trzydzieści tysięcy, kiedy Karolina powiedziała, że urząd skarbowy „usiadł jej na koncie”.

I setki sobót, w które odbierałam wnuki, bo „rodzice muszą odetchnąć”.

Karolina najwyraźniej uznała moje milczenie za zgodę.

— Naprawdę lepiej będzie, jak wrócisz do domu — dodała. — W górach tylko byś nas spowalniała.

Lena gwałtownie podniosła głowę.

Danuta zacisnęła usta.

Michał znowu spojrzał w bok.

— Rozumiem — powiedziałam.

Na twarzy synowej pojawiła się ulga.

— Wiedziałam, że nie będziesz robiła problemu.

Wzięłam walizkę.

Odwróciłam się.

I odeszłam.

Nie zatrzymali mnie.

Pięć minut później siedziałam w kawiarni po drugiej stronie hali.

Najpierw zadzwoniłam do hotelu.

Potem do firmy organizującej kulig.

Potem do instruktora.

Wszystkie rezerwacje były na moje nazwisko.

Wszystko zapłaciłam swoją kartą.

Kiedy pracownica hotelu zapytała, czy chcę anulować cały pobyt, spojrzałam przez szybę na moją rodzinę.

Karolina śmiała się z czegoś, co pokazywała Danucie w telefonie.

— Tak — odpowiedziałam. — Cały.

Nie zdążyłam odłożyć telefonu.

Zadzwonił nieznany numer.

— Pani Elżbieta Wysocka?

— Tak.

— Dzień dobry. Kancelaria notarialna Joanny Maj. Chciałam potwierdzić pani wizytę w poniedziałek.

Zmarszczyłam brwi.

— Jaką wizytę?

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— W sprawie darowizny mieszkania przy ulicy Wajdeloty.

Poczułam, jak robi mi się zimno.

To mieszkanie było moje.

War­te ponad milion dwieście tysięcy złotych.

Nigdy nie planowałam go nikomu darować.

— Kto umówił tę wizytę? — zapytałam.

Notariusz zawahała się.

— Pani syn.

CZĘŚĆ 2

Poprosiłam notariusz, żeby niczego nie odwoływała.

Jeszcze nie.

— Co dokładnie powiedział mój syn?

— Że darowizna jest uzgodniona rodzinnie i że mieszkanie ma zostać przekazane jemu oraz żonie.

Przez chwilę nie potrafiłam wydobyć głosu.

— Czy przesyłał jakieś dokumenty?

— Tak. Projekt informacji dotyczącej nieruchomości i wiadomość, w której pisał, że ustalił wszystko z panią.

— Proszę mi to wysłać.

Mail przyszedł minutę później.

Przeczytałam go dwa razy.

„Mama chce uporządkować sprawy majątkowe, zanim zacznie częściej wyjeżdżać. Lokal docelowo i tak miał przypaść mnie.”

Docelowo.

Jakby moje życie było okresem przejściowym przed przejęciem mojego majątku.

Niżej zobaczyłam jeszcze jedno zdanie.

„Danuta jest poinformowana i akceptuje rozliczenie po zawarciu aktu.”

Danuta.

Matka Karoliny.

Ta sama kobieta, która właśnie siedziała na moim miejscu w pociągu.

Zadzwoniłam do mecenasa Pawła Brzezińskiego, który od lat prowadził moje sprawy.

Nie zdążyłam nic powiedzieć.