Michał czasem dzwoni tylko zapytać, co u mnie.

Nie kończy rozmowy prośbą o przelew.

Karolina wysyła mi zdjęcia dzieci bez dopisku, że trzeba opłacić obóz, korepetycje albo nowy telefon.

Danuta raz w miesiącu zaprasza mnie na kawę i uparcie płaci za swoją.

Lena przychodzi do mnie uczyć się matematyki, choć obie wiemy, że połowę czasu spędzamy na rozmowach.

Olek wciąż przypomina wszystkim historię o tym, jak babcia „skasowała cały urlop jednym telefonem”.

Za każdym razem Karolina przewraca oczami.

A ja się śmieję.

Mieszkanie przy Wajdeloty nadal jest moje.

Nie stoi puste.

Od jesieni wynajmuje je młode małżeństwo z dzieckiem.

Za pieniądze z czynszu pojechałam wiosną z koleżanką z dawnej pracy do Polanicy-Zdroju.

Kiedy powiedziałam o tym Michałowi, odpowiedział:

— Tylko nie wydaj całego mojego spadku.

Zamilkł.

Ja też.

Potem oboje zaczęliśmy się śmiać.

— Za późno — powiedziałam. — Właśnie taki mam plan.

I po raz pierwszy od bardzo dawna naprawdę tak było.

Nie planowałam już życia pod kątem tego, co kiedyś po mnie zostanie.

Planowałam je pod kątem tego, co jeszcze mogę przeżyć.

Bo tamtego dnia na dworcu Karolina miała rację tylko w jednej rzeczy.

Mogłam wrócić do domu.

Tyle że nie wróciłam jako ta sama kobieta, która rano z niego wyszła.

Tamta Elżbieta uważała, że miłość mierzy się tym, ile razy powiesz „tak”.

Ta późniejsza nauczyła się, że czasem najuczciwszym zdaniem, jakie można powiedzieć rodzinie, jest:

„Kocham was. Ale tego za was nie zrobię.”