— Nie wiem.

— Ja wiem.

Pokazałam mu zestawienie.

Patrzył coraz dłużej.

— To nie może być tyle.

— Osiemdziesiąt siedem tysięcy czterysta dwadzieścia złotych.

— Karolina mówiła…

Urwał.

— Co mówiła?

— Że to są wydatki na dzieci.

— Płatności w jej firmie eventowej?

— Czasem potrzebowała płynności. Potem miała oddawać.

— Oddała?

Milczenie.

— Wiedziałeś?

— O części.

— O jakiej części?

— Mamo, wszystko się sypało.

— Wiedziałeś?

— Tak.

Nie krzyczałam.

To go chyba przestraszyło najbardziej.

Otworzyłam drzwi.

— Idź.

— Co teraz zrobisz?

— Pierwszy raz od bardzo dawna to, co jest dobre dla mnie.

Nie zadzwonił przez kolejne trzy dni.

Karolina zrobiła to za niego.

W poniedziałek rano.

— Chcę, żebyśmy przestały zachowywać się jak dzieci — zaczęła.

— Słucham.

— Wszyscy popełniliśmy błędy.

— Jakie ja popełniłam?

Zamilkła.

— Elu, nie o to chodzi.

— To powiedz, o co.

— O rodzinę.

To słowo było jej ulubionym narzędziem.

Rodzina oznaczała, że ja mam ustąpić.

Rodzina oznaczała, że mam zapłacić.

Rodzina oznaczała, że nie wolno mi pytać.

— Dobrze — powiedziałam. — Porozmawiajmy o rodzinie. Dlaczego umówiłaś notariusza w sprawie mojego mieszkania?

— Michał umawiał.

— Za twoją wiedzą?

Cisza.

— Tak.

— Dlaczego płaciliście moją kartą w twojej firmie?

— To były rozliczenia.

— Za co?

— Za rzeczy dla dzieci.

— Jakie?

— Różne.

— Mam przed sobą transakcję na cztery tysiące osiemset złotych z jedenastego listopada. Co kupiłaś Lenie albo Olkowi?

— Nie pamiętam.

— Ja pamiętam. Byli wtedy u mnie cały weekend.

Jej oddech przyspieszył.

— Chcesz teraz liczyć każdą złotówkę, którą wydałaś na własne wnuki?

— Nie. Chcę wiedzieć, dlaczego pieniądze trafiały z mojej karty do twojej firmy.

— Bo mieliśmy problemy.

— I dlatego okradaliście mnie?

— Nie mów tak.

— Jak mam mówić?

— Michał jest twoim synem.

— Tak.

— I wszystko kiedyś i tak będzie jego.

Zamknęłam oczy.

To samo.

Dokładnie to samo przekonanie.

— Karolino, od dzisiaj nigdy więcej nie używaj tego argumentu.

— Jakiego?

— Że skoro kiedyś umrę, możecie już dziś traktować mój majątek jak własny.

Rozłączyłam się.

Tego samego dnia spotkałam się z notariusz Joanną Maj.

Pokazała mi korespondencję.

Mail od Michała był rzeczowy.

Mail od Karoliny znacznie bardziej szczegółowy.

„Zależy nam na szybkim terminie, ponieważ mama Michała odkłada formalności, a wszystko zostało już ustalone. Chodzi o bezpieczeństwo rodziny i uporządkowanie własności.”

Mama Michała odkłada formalności.

Czytałam zdanie kilka razy.

Nigdy z Karoliną o tym nie rozmawiałam.

— Czy była pani przekonana, że się zgodziłam? — zapytałam.

Notariusz pokręciła głową.

— Dlatego chciałam potwierdzić wizytę bezpośrednio z panią. Sam fakt, że ktoś umówi termin, niczego nie przesądza.

— Dziękuję, że pani zadzwoniła.

— To normalne.

Dla niej normalne.

Dla mnie ten jeden telefon zmienił wszystko.

Po wyjściu z kancelarii pojechałam do Danuty.

Nie zapowiedziałam się.

Mieszkała w Pruszczu Gdańskim, w dwupokojowym mieszkaniu na trzecim piętrze.

Otworzyła po drugim dzwonku.

Kiedy mnie zobaczyła, wyraźnie zbladła.

— Elżbieta.

— Możemy porozmawiać?

Przez chwilę stała nieruchomo.

Potem odsunęła się.

W przedpokoju leżała bordowa walizka.

Ta sama z dworca.

— Nie pojechaliście?

— Wróciliśmy z Warszawy.

— Wiem.

Usiadłyśmy w kuchni.

Danuta nastawiła wodę.

Ręce trochę jej drżały.

— Wiedziałaś, że wyrzucili mnie z wyjazdu? — zapytałam.

— Karolina mówiła, że sama zrezygnowałaś.

— Na dworcu słyszałaś, że to nieprawda.

Odwróciła twarz.

— Słyszałam.

— Dlaczego nic nie powiedziałaś?

— Nie wiedziałam, co powiedzieć.

— „Nie jadę na miejsce kobiety, która za wszystko zapłaciła” byłoby niezłym początkiem.

Usiadła.

— Masz rację.

Nie spodziewałam się tego.

— Dlaczego pożyczyłaś im trzysta pięćdziesiąt tysięcy?

Spojrzała na mnie ostro.

— Michał ci powiedział?

— Widziałam kartkę.

— Jaką kartkę?

Pokazałam zdjęcie.

Danuta zakryła usta dłonią.

— Skąd to masz?

— Nie ma znaczenia.

Milczała długo.

— To były moje oszczędności — powiedziała w końcu. — I część pieniędzy po sprzedaży działki po rodzicach.

— Wszystko im dałaś?

— Prawie.

— Dlaczego?

Zaśmiała się gorzko.

— Z tego samego powodu, dla którego ty dawałaś.

To mnie zatrzymało.

— Karolina płakała. Mówiła, że zamkną restaurację Michała, że komornik wejdzie im na konto, że dzieci wszystko stracą. Powiedziała, że to tylko na kilka miesięcy.

— A mieszkanie?

Danuta otworzyła szufladę.

Wyjęła przezroczystą koszulkę z dokumentami.

Na górze była umowa pożyczki.

Pod spodem kartka.

Podpis Michała.

Podpis Karoliny.

„Strony potwierdzają, że spłata nastąpi z pieniędzy uzyskanych po uregulowaniu spraw własnościowych lokalu należącego obecnie do Elżbiety Wysockiej.”

Poczułam mdłości.

— Wiedziałaś, że ja się na to nie zgodziłam?

— Nie.

— Danuta.

— Przysięgam.

Patrzyłam na nią.

— Karolina powiedziała, że rozmawiałyście.

— Nigdy.

— Powiedziała, że mieszkanie i tak miało być dla Michała, tylko ty nie lubisz formalności. Że jesteś ostrożna, ale zgodziłaś się, jeśli wszystko załatwią bez zawracania ci głowy.

— I uwierzyłaś?

Jej twarz stwardniała.

— A ty wierzyłaś swojemu synowi.

To było celne.

Zamilkłam.