Danuta wstała i podeszła do okna.

— Elżbieta, ja nie jestem dumna z tego wyjazdu.

— Ale pojechałaś.

— Bo byłam wściekła.

— Na mnie?

— Na nich. Na siebie. Na wszystko.

Odwróciła się.

— Karolina od miesięcy mówiła mi, że ty traktujesz ich jak dzieci, że masz pieniądze, ale każesz im prosić o każdą złotówkę. Że mieszkanie stoi puste, a oni toną. Kiedy zaproponowała ten wyjazd, powiedziała, że to ich sposób, żeby mi podziękować.

— Za moje pieniądze.

— Tego nie wiedziałam.

Nie od razu jej uwierzyłam.

Ale potem pokazała mi wiadomości.

„Mama Michała sama nie chce jechać.”

„Kolano jej dokucza.”

„Mówiła, że woli zostać w Gdańsku.”

„Będzie jej miło, że pojedziesz zamiast niej.”

Jedna pod drugą.

Wiadomości od Karoliny.

Kłamstwo budowane przez kilka tygodni.

— Dlaczego na dworcu nie powiedziałaś, że Karolina mówiła coś innego?

Danuta spuściła wzrok.

— Bo było mi wstyd.

Pierwszy raz tego dnia poczułam wobec niej coś innego niż złość.

Nie sympatię.

Nie wybaczenie.

Zrozumienie.

Obie dałyśmy się wykorzystać w trochę inny sposób.

Tyle że ja byłam matką Michała.

Ona była matką Karoliny.

— Chcę odzyskać pieniądze — powiedziała.

— Wiem.

— Ale nie twoim kosztem.

Spojrzałam na nią.

— Naprawdę?

— Naprawdę.

Wzięła umowę.

— Jeśli chcesz, zrobię kopię.

— Chcę.

— I jeszcze coś.

Z szuflady wyjęła mały plik paragonów i wydruków.

— Karolina zostawiła to u mnie dwa miesiące temu. Miała odebrać.

Spojrzałam na dokumenty.

Faktury.

Płatności.

Zestawienia.

Jedna nazwa powtarzała się wielokrotnie.

KARO EVENT.

A jako płatnik przy kilku pozycjach widniało moje nazwisko.

— Ja tego nie podpisywałam.

— Wiem.

— Skąd wiesz?

— Bo jeden z tych dokumentów przygotowywałam razem z nią. Powiedziała wtedy, że ty zgodziłaś się rozliczać część kosztów przez jej firmę.

— Nigdy.

Danuta usiadła ciężko.

— Boże.

Wróciłam do domu z segregatorem dokumentów.

Przez kolejne dwa dni pracowałam jak za dawnych czasów.

Arkusz kalkulacyjny.

Daty.

Kwoty.

Numery transakcji.

Faktury.

Przelewy.

Płatności kartą.

Porównałam wszystko.

Nie osiemdziesiąt siedem tysięcy.

Dziewięćdziesiąt sześć tysięcy osiemset złotych.

Tyle trafiło z moich pieniędzy do firmy Karoliny w ciągu niespełna dwóch lat.

Niektóre płatności miały opisy sugerujące dekoracje dziecięcych urodzin.

Tyle że w datach, w których Lena i Olek żadnych urodzin nie mieli.

Inne wyglądały jak zakup wyposażenia.

Jeszcze inne jak usługi.

Zadzwoniłam do księgowej Karoliny.

Nie chciała ze mną rozmawiać.

— Obowiązuje mnie tajemnica wobec klientki.

— Rozumiem.

— Naprawdę.

— Nie proszę o informacje. Chcę tylko powiedzieć, że płatności z mojej karty oznaczone jako usługi firmy pani klientki nie były przeze mnie autoryzowane.

Zapadła cisza.

— Rozumiem — powiedziała w końcu.

— To wszystko.

Wieczorem zadzwoniła Karolina.

Nie odebrałam.

Pięć minut później Michał.

Odebrałam.

— Co powiedziałaś księgowej Karoliny?

— Prawdę.

— Po co do niej dzwoniłaś?

— Żeby poinformować ją, że nie zlecałam usług, które podobno kupowałam.

— Mamo, nie rozumiesz…

— To mi wyjaśnij.

— Karolina księgowała część wpłat jako przychód.

— Przecież nimi były.

— Ale…

Urwał.

— Ale co?

— Mieliśmy to później odkręcić.

— Jak?

— Nie wiem.

Zaśmiałam się bez humoru.

— Michał, ty prowadzisz restaurację od ośmiu lat. Karolina prowadzi działalność. Oboje wiecie, że „później to odkręcimy” nie jest systemem księgowym.

— Byliśmy pod ścianą.

— Nie. Byliście pod ścianą kilka miesięcy temu. Potem zaczęliście budować nową ścianę z cudzych pieniędzy.

— Co chcesz zrobić?

— To samo pytanie zadałeś ostatnio.

— Bo się boję.

Pierwszy raz powiedział to wprost.

Złość trochę ze mnie zeszła.

— Czego?

— Że stracę wszystko.

— Restaurację?

— Dom. Karolinę. Dzieci.

— Mnie już prawie straciłeś.

Nic nie odpowiedział.

— Michał, czy Karolina wie, że rozmawiasz ze mną?

— Nie.

— Dlaczego?

— Bo mówi, że próbujesz nas zniszczyć.

— A ty?

— Ja już nie wiem.

— Wiesz.

— Co?

— Wiesz, tylko boisz się powiedzieć na głos.

Długo milczał.

— Chcę się spotkać — powiedział.

— Z Pawłem.

— Z twoim prawnikiem?

— Tak.

— Po co?

— Żebyśmy wszyscy przestali mówić ogólnikami.

Spotkaliśmy się dwa dni później.

Ja.

Michał.

Karolina.

Danuta.

I Paweł.

Karolina weszła do kancelarii ostatnia.

Kiedy zobaczyła swoją matkę, stanęła w drzwiach.

— Co ty tu robisz?

Danuta nie odpowiedziała.

Karolina spojrzała na mnie.

— To ma być jakiś sąd rodzinny?

— Nie — powiedział Paweł. — To spotkanie dotyczące pieniędzy, które państwo otrzymali lub wykorzystali, oraz twierdzeń dotyczących majątku pani Elżbiety.

Karolina rzuciła torebkę na krzesło.

— To jest chore.

Michał usiadł.

— Karolina, po prostu posłuchaj.

— Ty też jesteś przeciwko mnie?

— Nie zaczynaj.

— Nie zaczynaj? Twoja matka skłóciła nas z moją matką i teraz mam nie zaczynać?

Danuta wyjęła telefon.

— Nie skłóciła.

Położyła urządzenie na stole.

Na ekranie były wiadomości.

„Ela sama zrezygnowała.”

Karolina zbladła.

— Mamo…

— Kłamałaś mi.

— Chciałam ci zrobić przyjemność.

— Za jej pieniądze.

— To nie tak.

— A jak?

Paweł podniósł rękę.

— Przejdźmy po kolei.