— A moja karta miała zapłacić za resztę.

— Tak.

Po raz pierwszy powiedziała to bez usprawiedliwienia.

To nie oznaczało, że było mi łatwiej.

Ale przynajmniej nie próbowała wmówić mi, że źle zrozumiałam rzeczywistość.

— Dlaczego wtedy w lobby powiedziałaś: „czego się spodziewałaś”?

Karolina długo milczała.

— Bo było mi wstyd.

— Wstyd?

— Wiedziałam, że to jest podłe.

Nie spodziewałam się tego słowa.

— I zamiast się przyznać, zaatakowałaś mnie.

— Tak.

Patrzyłam na nią.

Karolina nigdy nie była osobą, która łatwo mówiła „przepraszam”.

Może właśnie dlatego następne zdanie zabrzmiało tak dziwnie.

— Przepraszam.

Nie powiedziałam „nic się nie stało”.

Bo stało się bardzo dużo.

— Przyjmuję przeprosiny — odpowiedziałam. — Ale to nie znaczy, że wszystko wróci do tego, co było.

Przytaknęła.

— Wiem.

— I nie chcę, żeby dzieci były karane za konflikt dorosłych.

Spojrzała na mnie.

— To ja nie chciałam, żeby przyjeżdżały.

— Domyśliłam się.

— Byłam zła.

— Na mnie?

— Na wszystkich. Na ciebie, Michała, siebie.

— Złość jest twoja. Dzieci nie są.

Po chwili powiedziała:

— Przywiozę je w sobotę.

Zosia wbiegła do domu pierwsza.

— Babciu!

Uderzyła we mnie z taką siłą, że musiałam zrobić krok do tyłu.

Franek nawet się nie przywitał.

Pobiegł do lodówki.

Roześmiałam się po raz pierwszy od wielu tygodni naprawdę szczerze.

Karolina stała przy drzwiach.

— Odbiorę ich o osiemnastej.

— Dobrze.

Zawahała się.

— Mogą zostać do jutra, jeśli chcesz.

Spojrzałam na nią.

— Chcę.

Zosia wbiegła po schodach sprawdzić swój pokój.

Po chwili krzyknęła z góry:

— Babciu! Nadal jest!

— A miał zniknąć?

— Nie wiem!

Karolina spuściła wzrok.

Obie wiedziałyśmy, do czego Zosia nawiązuje.

Nie powiedziałam nic.

Nie musiałam.

Wieczorem, gdy dzieci spały, znalazłam w kuchni kartkę.

Zosia zostawiła ją pod cukierniczką.

„Babciu, nie sprzedawaj domu, ale jak będziesz chciała, to możesz. Tylko powiedz mi wcześniej”.

Usiadłam.

Czytałam to zdanie kilka razy.

Dziecko zrozumiało coś, czego dorośli wokół mnie długo nie potrafili pojąć.

„Jak będziesz chciała”.

Nie „nigdy nie sprzedawaj”.

Nie „dom musi być mój”.

Nie „co my wtedy dostaniemy”.

Tylko:

Jak będziesz chciała.

Włożyłam kartkę do brązowej teczki.

Obok testamentu.

Miesiąc później sama zadzwoniłam do Anity Mroczek.

Była wyraźnie zaskoczona.

— Chce pani jednak sprzedać?

— Nie.

— Rozumiem.

— Ale chciałabym wiedzieć, jakie mam możliwości.

Przyjechała następnego dnia.

Tym razem to ja ją zaprosiłam.

Przeszłyśmy po domu.

Zrobiła dokładną wycenę.

Powiedziała, ile można uzyskać.

Ile kosztują mniejsze domy.

Ile mieszkania.

Jak wygląda rynek.

Po raz pierwszy temat sprzedaży nie wywoływał we mnie strachu.

Bo decyzja wróciła do właściwej osoby.

Do mnie.

— Czy planuje pani przeprowadzkę? — zapytała na końcu.

Spojrzałam przez okno na ogród.

— Jeszcze nie.

— To po co pani wycena?

Uśmiechnęłam się.

— Lubię wiedzieć, jakie mam możliwości.

Dokładnie tych słów użył wcześniej Michał.

Tyle że teraz miały zupełnie inne znaczenie.

Na początku listopada dostałam wiadomość od syna.

„Mamy ofertę na samochód”.

Sprzedawali duży samochód Karoliny.

Kilka dni później:

„Dogadaliśmy spłatę jednej pożyczki”.

Potem:

„Firma oficjalnie zamknięta”.

W grudniu Michał przyszedł do mnie z kopertą.

— Co to?

— Pierwsza rata.

— Jakiej raty?

— Dla ciebie.

W środku było tysiąc złotych.

— Michał…

— Wiem, że nie żądałaś zwrotu tamtych przelewów.

— Bo to była pomoc.

— Ale chcę oddać przynajmniej część.

Oddałam mu kopertę.

— Nie.

Jego twarz stężała.

— Dlaczego?

— Bo nie potrzebuję, żebyś spłacał mi miłość w ratach.

Patrzył na mnie zdezorientowany.

— Te pieniądze dałam ci dobrowolnie. Problemem nie jest to, że je dostałeś. Problemem jest to, że zacząłeś uważać je za pewnik.

— To co mam zrobić?

— Nic dla mnie.

— Jak to?

— Spłać swoje długi. Zbuduj poduszkę finansową. Naucz się żyć za własne pieniądze. A kiedy będziesz chciał coś dla mnie zrobić, przyjedź bez powodu. Zadzwoń, kiedy niczego nie potrzebujesz.

Schował kopertę.

— Tylko tyle?

— Zdziwiłbyś się, jakie to trudne.

Przyjechał w następną niedzielę.

Bez Karoliny.

Bez dzieci.

Bez rachunku.

Bez prośby.

Przywiózł drożdżówkę z serem.

— Byłem w okolicy.

Spojrzałam na niego.

— Nie byłeś.

Uśmiechnął się niepewnie.

— Nie.

— Wejdź.

Wypiliśmy kawę.

Przez pierwsze dziesięć minut oboje czekaliśmy, aż pojawi się „prawdziwy powód”.

Nie pojawił się.

Rozmawialiśmy o jego pracy.

O serialu, który oglądałam.

O tym, że Frankowi wypadł ząb.

O niczym ważnym.

To była jedna z najważniejszych rozmów, jakie odbyliśmy od lat.

Przed świętami Anna Kulesza zadzwoniła w sprawie testamentu.

— Chce pani coś jeszcze zmieniać?

Pół roku wcześniej byłam zdecydowana.

Część oszczędności dla wnuków.

Część dla fundacji hospicyjnej, której pomagałam od śmierci Jana.

Dom głównie dla Zosi i Franka.

Michał miał otrzymać określone przedmioty po ojcu i część środków, ale znacznie mniej, niż zakładał przez lata.

Nie planowałam używać testamentu jak kija.

Nie chodziło o zemstę.

Chciałam tylko, żeby nikt nie traktował mojego majątku jak należnej przyszłej wypłaty.

— Nie — powiedziałam. — Na razie zostaje.