— To po co zmieniałaś testament?

— Bo zrozumiałam, że pozwoliłam ci traktować mój majątek jak coś, co tylko przechowuję dla ciebie.

Karolina odsunęła krzesło.

— Nie będę tego słuchać.

— Nie musisz.

— Po wszystkim, co Michał dla ciebie robił…

To było tak przewidywalne, że prawie mnie rozbawiło.

— Co robił?

— Woził cię po operacji.

— Tak.

— Robił zakupy.

— Tak.

— Zajmował się domem.

— Przez dwa tygodnie. Jestem mu za to wdzięczna.

— I tak mu odpłacasz?

Spojrzałam na Michała.

— Czy ty też uważasz, że pomoc matce po operacji była inwestycją, która powinna zwrócić się domem?

— Nie.

Odpowiedział natychmiast.

Karolina popatrzyła na niego ostro.

Po raz pierwszy tego dnia nie stali po tej samej stronie.

Michał odezwał się dopiero po chwili.

— Nie chciałem sprzedawać domu bez ciebie.

— Wiem.

— Naprawdę.

— Wiem, że nie mogłeś tego zrobić bez mojego udziału.

— Chciałem cię przekonać.

— To już brzmi prawdziwiej.

Schował twarz w dłoniach.

— Nie wiesz, w jakiej jesteśmy sytuacji.

— To mi powiedz.

Karolina ruszyła w stronę drzwi.

— Michał, idziemy.

Nie wstał.

— Michał.

— Karolina, usiądź.

— Nie będę tu siedzieć, kiedy twoja matka robi z nas złodziei.

— Nikt nie nazwał was złodziejami.

Spojrzał na żonę.

— Ale skłamaliśmy.

Pierwszy raz od mojego powrotu poczułam, że naprawdę coś się zmieniło.

Nie wiedziałam jeszcze, czy na długo.

Karolina zacisnęła usta, ale usiadła.

Michał zaczął mówić.

Ich zadłużenie było gorsze, niż przyznał kilka minut wcześniej.

Dwieście trzydzieści tysięcy stanowiły tylko kredyty i pożyczki.

Dochodził leasing.

Kilka niezapłaconych faktur.

Zaległość wobec właściciela magazynu.

Karolina miała również prywatną pożyczkę od swojej matki.

Łącznie brakowało im niemal trzystu tysięcy złotych, żeby zamknąć wszystkie najbardziej palące zobowiązania.

— Dlatego dom? — zapytałam.

Michał przytaknął.

— Gdybyś kupiła mieszkanie za pięćset tysięcy, zostałyby pieniądze.

— Moje pieniądze.

— Tak.

Spojrzał na mnie pierwszy raz bez unikania wzroku.

— Twoje.

Karolina poruszyła się niespokojnie.

— Przecież mieliśmy oddawać.

Michał nic nie powiedział.

Spojrzałam na nią.

— Kiedy?

— Jak staniemy na nogi.

— Za rok?

— Może.

— Dwa?

— Nie wiem.

— Pięć?

— Marta, czego ode mnie oczekujesz?

Wróciły do mnie jej słowa z hotelu.

„A właściwie czego ty się spodziewałaś?”

Tym razem wiedziałam dokładnie.

— Prawdy.

To słowo uciszyło kuchnię.

— Chcę wiedzieć, co naprawdę planowaliście podczas wyjazdu.

Michał spojrzał na Karolinę.

— Nic więcej.

Wyjęłam historię rezerwacji.

— Mój pokój został anulowany trzy tygodnie wcześniej. Dopłaciliście za apartament z widokiem na morze. Więc proszę mi nie opowiadać, że wszystko wydarzyło się przypadkiem.

Karolina wzruszyła ramionami.

— Dzieci chciały widok.

— Zosia nawet nie wiedziała, że istnieje inny apartament.

— Skąd wiesz?

— Bo rozmawiam z własną wnuczką.

Michał wbił wzrok w kartkę.

— To ja anulowałem pokój.

— Wiem.

— Karolina powiedziała, że bez sensu płacić osobno, skoro pensjonat kosztuje mniej.

— A dlaczego mi nie powiedziałeś?

— Bo wiedziałem, że nie pojedziesz.

To była kolejna prawda.

Mała.

Ale ważna.

— Czyli wiedziałeś, że gdybym znała warunki, odmówiłabym.

— Tak.

— I dlatego dowiedziałam się dopiero w recepcji.

Nie odpowiedział.

— Miałam być postawiona przed faktem dokonanym.

— Tak.

Karolina prychnęła.

— Jakbyś miała spać na dworcu.

Odwróciłam się do niej.

— Nie chodzi o pensjonat.

— Oczywiście, że nie. Chodzi o urażoną dumę.

— Nie. Chodzi o to, że celowo nie powiedzieliście mi prawdy, bo zakładaliście, że kiedy już przejadę ponad czterysta kilometrów, zgodzę się na wszystko.

Michał spuścił głowę.

Karolina nie.

— A nie zgodziłaś się.

— I to właśnie was tak zaskoczyło.

Po ich wyjściu długo siedziałam sama.

Byłam wściekła.

Ale pod gniewem znajdowało się coś gorszego.

Wstyd.

Nie ich.

Mój.

Wstydziłam się, że przez lata sama ułatwiałam Michałowi życie w przekonaniu, że wystarczy poprosić trochę łagodniejszym głosem.

Pierwszy większy przelew zrobiłam, kiedy kupowali mieszkanie.

Pięćdziesiąt tysięcy na wkład własny.

Potem dwadzieścia tysięcy na wykończenie.

Kiedy urodziła się Zosia, kupiłam wózek, łóżeczko i opłaciłam część remontu pokoju.

Nigdy nie prowadziłam rachunku.

Nie chciałam być matką, która przy niedzielnym obiedzie przypomina, kto komu kupił pralkę.

Problem w tym, że druga skrajność też była błędem.

Dawałam tak często, że pomoc przestała wyglądać jak prezent.

Zaczęła przypominać element ich domowego budżetu.

Telefon zadzwonił około dwudziestej drugiej.

Zosia.

— Babciu?

— Cześć, kochanie.

— Jesteś zła?

Serce ścisnęło mi się natychmiast.

— Nie na ciebie.

— Mama mówi, że przez ciebie musieliśmy wrócić wcześniej.

Zamknęłam oczy.

Miałam ochotę powiedzieć kilka rzeczy.

Nie powiedziałam żadnej.

— Dorośli czasem mają sprawy, które muszą między sobą wyjaśnić.

— Tata krzyczał w samochodzie.

— Przykro mi, że musiałaś tego słuchać.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

Potem Zosia zapytała:

— Babciu, ty się wyprowadzasz?

Usiadłam prosto.

— Skąd ci to przyszło do głowy?

— Mama pokazywała tacie mieszkania.

— Kiedy?

— Jeszcze przed morzem.

— Jakie mieszkania?