Cisza zrobiła się tak głęboka, że słyszałam jego oddech.
— Porozmawiamy po powrocie — powiedział w końcu.
— Oczywiście.
Rozłączyłam się.
Piętnaście minut później zadzwonił nieznany numer.
— Dzień dobry, pani Marto. Anita Mroczek, biuro nieruchomości. Chciałam potwierdzić jutrzejszą wizytę dotyczącą wyceny domu.
Zamarłam.
— Jakiego domu?
Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.
— Pani domu. Tego przy ulicy Brzozowej.
Spojrzałam na okno wychodzące na ogród.
— Ja nie zamawiałam żadnej wyceny.
Kobieta odezwała się znacznie ostrożniej.
— Pani syn powiedział, że podczas pani pobytu nad morzem możemy spokojnie obejrzeć nieruchomość.
W tej samej chwili ktoś nacisnął dzwonek przy furtce.

CZĘŚĆ 3
Podeszłam do okna zamiast do drzwi.
Przed furtką stała kobieta około czterdziestki w beżowej marynarce. W jednej ręce trzymała telefon, w drugiej cienką teczkę. Obok niej na ulicy zaparkował granatowy samochód z logo agencji nieruchomości.
Nadal słyszałam jej głos w słuchawce.
— Pani Marto?
— To pani stoi przed moim domem?
Kobieta rozejrzała się i podniosła wzrok.
— Tak. Miałam być dopiero jutro, ale klient odwołał spotkanie i pomyślałam, że może…
— Proszę chwilę zaczekać.
Pierwszym odruchem było odesłanie jej natychmiast.
Drugim — zaproszenie do środka.
Drugi okazał się rozsądniejszy.
Anita Mroczek weszła do kuchni wyraźnie zakłopotana. Postawiłam przed nią wodę, a sama usiadłam po drugiej stronie stołu.
— Proszę mi pokazać wszystko, co pani dostała.
Nie protestowała.
Wyjęła wydrukowany formularz.
Zgłoszenie dotyczące bezpłatnej wyceny nieruchomości wpłynęło cztery dni wcześniej.
W rubryce właściciel widniało moje imię i nazwisko.
Marta Błaszczyk.
W następnej mój adres.
Niżej wpisano:
„Właścicielka po siedemdziesiątce. Rozważa zamianę domu na mniejsze mieszkanie. Rodzina pomaga w formalnościach”.
Rodzina.
Poczułam chłód w żołądku.
— Kto to wysłał?
— Formularz internetowy był złożony z adresu pana Michała. Potem rozmawialiśmy telefonicznie.
— Co dokładnie powiedział?
Anita zawahała się.
— Nie chcę wchodzić w rodzinne sprawy.
— Pani już w nich jest.
Westchnęła.
— Powiedział, że dom stał się dla pani za duży. Że po operacji coraz trudniej pani radzić sobie ze schodami i ogrodem. Pytał, ile można uzyskać przy szybkiej sprzedaży i czy znamy mieszkania z windą, najlepiej dwa pokoje.
Spojrzałam na schody prowadzące na piętro.
Po operacji faktycznie przez kilka tygodni wchodziłam na górę powoli.
Od dwóch miesięcy robiłam to bez większego problemu.
Michał wiedział.
— Czy powiedział, że chcę sprzedać?
— Powiedział, że decyzja praktycznie zapadła, ale trzeba jeszcze omówić cenę.
Poczułam, jak dłonie robią mi się zimne.
— Nie zapadła.
— Rozumiem.
— Ja nawet z nim o sprzedaży nie rozmawiałam.
Tym razem zakłopotanie na jej twarzy zmieniło się w coś poważniejszego.
— W takim razie bardzo panią przepraszam. Nie powinnam była przyjeżdżać bez rozmowy bezpośrednio z właścicielką.
— Ma pani wiadomości od mojego syna?
— Tak.
— Proszę ich nie kasować.
Spojrzała na mnie uważnie.
— Chce pani kopię?
— Tak.
Po kilku minutach dostałam na e-mail historię korespondencji.
Nie było w niej nic, co pozwoliłoby Michałowi sprzedać mój dom. Prawniczka wyjaśniła mi pół roku wcześniej, że bez mojego udziału albo odpowiedniego pełnomocnictwa w formie wymaganej przy sprzedaży nieruchomości nie mógł zrobić niczego podobnego.
Ale nie to było najgorsze.
Najgorsze było to, że planował coś, o czym ja nie miałam pojęcia.
Anita wyszła.
Zamknęłam furtkę.
Potem wymieniłam kod w alarmie.
Jeszcze tego samego popołudnia zadzwoniłam do ślusarza.
Michał od czasu mojej operacji miał zapasowy klucz.
Nie wiedziałam już, do czego mógł mu być potrzebny.
W poniedziałek o dziewiątej rano siedziałam w kancelarii Anny Kuleszy.
To właśnie ona pół roku wcześniej zapytała mnie pytanie, które wtedy uznałam za trochę przesadne.
— Czy syn ma dostęp do pani dokumentów?
Odpowiedziałam:
— To mój jedyny syn.
Anna nie skomentowała.
Zapytała ponownie:
— Czy ma dostęp do dokumentów?
Wtedy przyznałam, że podczas rekonwalescencji Michał znał hasło do mojego laptopa, miał dostęp do rachunku przeznaczonego na bieżące wydatki i trzymał u siebie teczkę z kilkoma dokumentami, bo załatwiał za mnie sprawy.
Po miesiącu wszystko mi oddał.
A przynajmniej tak sądziłam.
Teraz położyłam przed Anną wydruki z biura nieruchomości.
Przeczytała bez słowa.
— Czy pani syn posiada obecnie jakiekolwiek pełnomocnictwo dotyczące nieruchomości?
— Nie.
— Bankowe?
— Odwołałyśmy.
— Dostęp do bankowości elektronicznej?
— Zmieniłam wszystkie hasła.
— Klucz?
— Zamek wymieniony.
Pokiwała głową.
— Dobrze.
— Dobrze? — powtórzyłam. — Mój syn za moimi plecami zamówił wycenę domu, a pani mówi „dobrze”?
— Mówię, że dobrze zrobiła pani z zabezpieczeniem spraw. O samym zachowaniu syna nie muszę pani przekonywać. Pani już wie, co o nim sądzić.
To była jedna z cech Anny, za które ją lubiłam.
Nigdy nie podsuwała mi emocji.
Zmuszała, żebym sama nazywała rzeczy po imieniu.
— Co on mógł planować?
— Bez rozmowy z nim możemy tylko zgadywać.
— A jeśli chciał sprzedać dom?
— Bez pani udziału nie zrobiłby tego legalnie tylko dlatego, że jest synem.
— Czyli jestem bezpieczna.
Anna przez moment milczała.
— Prawnie zabezpieczona to nie zawsze to samo co bezpieczna rodzinnie.