Spojrzałam na nią.
— Co pani ma na myśli?
— Ktoś może nie mieć prawa podpisać za panią umowy, a jednak przez wiele miesięcy przekonywać panią, naciskać, straszyć kosztami, powoływać się na wnuki, zdrowie, samotność albo rzekome problemy finansowe. To nie jest kwestia księgi wieczystej. To kwestia granic.
Przypomniałam sobie lobby hotelu.
„A właściwie czego ty się spodziewałaś?”
Może właśnie o granice chodziło od początku.
Nie zaczęło się od pokoju.
Pokój był tylko pierwszą rzeczą, której już nie potrafiłam zignorować.
Michał z Karoliną wrócili znad morza dzień wcześniej.
Dowiedziałam się o tym, kiedy we wtorek o siedemnastej zobaczyłam ich samochód przed furtką.
Nie zapowiadali się.
Zosia i Franek nie przyjechali.
Michał nacisnął dzwonek.
— Mamo, otwórz.
Włączyłam domofon.
— Gdzie dzieci?
— U mamy Karoliny.
— Po co przyjechaliście?
— Porozmawiać.
— Miała być rozmowa po wcześniejszym ustaleniu.
Usłyszałam głos Karoliny.
— Marta, naprawdę będziemy stać na ulicy?
Nie odpowiedziałam od razu.
Pół roku wcześniej otworzyłabym furtkę w tej samej sekundzie.
Teraz patrzyłam przez okno na dwoje ludzi, których znałam od lat, i pierwszy raz zastanawiałam się, ile jeszcze rzeczy uznali za swoje tylko dlatego, że dotąd im ich nie odmawiałam.
Wpuściłam ich.
Michał zatrzymał się w przedpokoju.
Spojrzał na nowe zamki.
— Wymieniłaś wkładkę?
— Tak.
— Przecież miałem klucz.
— Właśnie dlatego.
Karolina przewróciła oczami.
— Zaczyna się.
Zaprosiłam ich do kuchni.
Na stole położyłam trzy kartki.
Pierwsza: anulowane stałe zlecenie.
Druga: historia rezerwacji hotelowej.
Trzecia: e-mail od Anity Mroczek.
Michał spojrzał na tę ostatnią i pobladł.
Karolina nie.
To zauważyłam od razu.
— Chcecie zacząć od hotelu czy od sprzedaży mojego domu? — zapytałam.
— Nikt nie sprzedawał twojego domu — rzuciła Karolina.
— Tego nie powiedziałam.
Na moment zabrakło jej odpowiedzi.
Michał usiadł.
— Mamo, źle to wygląda.
— Bardzo trafne spostrzeżenie.
— Chcieliśmy tylko wiedzieć, ile dom jest wart.
— Dlaczego?
— Bo przecież sama mówiłaś, że kiedyś będzie ci tu za dużo.
Przeszukałam pamięć.
Faktycznie kiedyś powiedziałam coś podobnego.
Pięć lat wcześniej.
Po śmierci mojego męża.
Stałam wtedy w ogrodzie, patrząc na cztery worki liści, i powiedziałam do Michała:
„Może kiedyś człowiek powinien mieszkać w czymś mniejszym”.
Jedno zdanie.
Pięć lat temu.
Zamienili je w „decyzja praktycznie zapadła”.
— Mówiłam, że może kiedyś — odpowiedziałam. — Nie że chcę sprzedać dom teraz.
— Przecież trzeba myśleć przyszłościowo — odezwała się Karolina.
— O mojej przyszłości?
— O naszej wszystkich.
I właśnie to „naszej” zwróciło moją uwagę.
— Co mój dom ma wspólnego z waszą przyszłością?
Michał spojrzał na żonę.
Karolina skrzyżowała ręce.
— Możemy przestać udawać, że nie rozumiemy, o co chodzi?
— Ja nie udaję.
— Mieszkasz sama w domu wartym ponad milion złotych.
Nie drgnęłam.
Anita wstępnie szacowała nieruchomość na milion sto do miliona dwieście tysięcy.
Nie mówiłam o tym nikomu.
— Skąd znasz jego wartość? — zapytałam.
Karolina zamilkła.
Michał zamknął oczy.
To był drobiazg.
Jedno zdanie.
Ale po nim wiedziałam już, że sprawa zaszła znacznie dalej niż niewinne sprawdzenie ceny.
— Ile razy rozmawialiście z tą agencją?
— Mamo…
— Ile razy?
— Dwa.
Karolina prychnęła.
— Jakie to ma znaczenie?
— Dla mnie ogromne. Dla was najwyraźniej żadne.
Michał przesunął dłonią po twarzy.
— Chcieliśmy przedstawić ci propozycję.
— Jaką?
Nie odpowiedział.
Karolina zrobiła to za niego.
— Sprzedajesz dom. Kupujesz mieszkanie.
Patrzyłam na nią.
— Gdzie?
— W Łodzi. Albo tutaj w okolicy. Dwa pokoje. Nowe budownictwo, winda, balkon. Bez ogrodu, bez schodów.
Mówiła szybko, jak człowiek prezentujący ofertę, którą przećwiczył.
— Ile miałoby kosztować?
— Pięćset, może pięćset pięćdziesiąt tysięcy.
— A reszta?
Michał wstał.
— Karolina, daj spokój.
— Nie, Michał. Skoro już robimy ten teatr, to powiedzmy wszystko.
Spojrzała na mnie.
— Reszty pieniędzy i tak nie potrzebujesz.
W kuchni zrobiło się cicho.
Słyszałam tykanie zegara nad lodówką.
— A kto jej potrzebuje? — zapytałam.
Karolina zacisnęła usta.
Michał znów usiadł.
— My.
Jedno słowo.
Nareszcie prawdziwe.
Przez ponad dwa lata przelewałam im cztery tysiące pięćset złotych miesięcznie.
Zaczęło się, kiedy rata ich kredytu gwałtownie wzrosła, a Karolina straciła dużego klienta w swojej firmie dekoratorskiej.
Michał zadzwonił wtedy wieczorem.
Pamiętam jego głos.
— Mamo, nie chcę o to prosić.
Powiedziałam, że rodzina jest od pomagania.
Przez pierwsze pół roku nawet dziękowali.
Potem podziękowania zniknęły.
Po roku Michał dostał awans.
Pensja wzrosła.
Kiedy spytałam, czy nadal potrzebują wsparcia, odpowiedział:
— Jeszcze przez chwilę. Chcemy wyjść na prostą.
„Chwila” trwała kolejny rok.
Siedząc teraz naprzeciwko nich, zadałam pytanie, którego powinnam była zadać dawno.
— Ile wynosi obecnie wasza rata kredytu?
Michał spojrzał na stół.
— To nie takie proste.
— Ile?
— Trzy tysiące dwieście osiemdziesiąt.
Poczułam ucisk pod żebrami.
— Od kiedy?
— Od zeszłego roku.
— Ja przelewam cztery i pół tysiąca.
— Wiem.
— Mówiłeś mi, że te pieniądze idą na kredyt.
— Mamy też inne zobowiązania.
— Jakie?
Karolina wstała.