— Czyli ja przelewałam wam cztery i pół tysiąca, a firma traciła cztery.
Michał nic nie powiedział.
Nie musiał.
— Finansowałam jej firmę.
— Pośrednio.
— Bez wiedzy.
— Tak.
— A mówiłeś mi, że pomagam przy kredycie mieszkaniowym.
Zamknął oczy.
— Tak.
Wstałam i podeszłam do okna.
Przez ogród przeleciał kos.
Jan zawsze rozstawiał tam karmniki, chociaż co roku narzekał, że ptaki rozsypują ziarno.
Pomyślałam, że gdyby siedział przy tym stole, prawdopodobnie powiedziałby Michałowi znacznie ostrzejsze rzeczy niż ja.
Potem pomyślałam coś jeszcze.
Gdyby Jan żył, może do tej sytuacji w ogóle by nie doszło.
Nie dlatego, że był mądrzejszy.
Dlatego, że ja po jego śmierci zaczęłam kupować sobie poczucie, że wciąż jestem potrzebna.
Ta myśl zabolała.
Bo dotyczyła mnie, nie Michała.
— Mamo?
Odwróciłam się.
— Nie będę już wam przelewać pieniędzy.
Skinął głową.
— Rozumiem.
— Nie pożyczę wam pieniędzy pod zastaw mojego domu.
— Rozumiem.
— Nie sprzedam domu po to, żeby spłacić wasze zobowiązania.
Tym razem zawahał się.
Potem również przytaknął.
— Rozumiem.
— Ale mogę pomóc wam znaleźć kogoś, kto uporządkuje te długi.
Spojrzał na mnie zaskoczony.
— Pomóc?
— Pomóc nie znaczy zapłacić.
To zdanie zrobiło na nim większe wrażenie, niż się spodziewałam.
— Karolina się nie zgodzi.
— W takim razie problem nie jest finansowy.
Spojrzał pytająco.
— Jeśli wolisz stracić mieszkanie niż powiedzieć żonie „musimy zmienić sposób życia”, to żaden mój przelew was nie uratuje.
Karolina zadzwoniła jeszcze tego samego wieczoru.
Nie przywitała się.
— Czyli nastawiłaś Michała przeciwko mnie.
— Nie.
— Wrócił i nagle chce zamykać firmę.
— Firma traci pieniądze.
— To przejściowe.
— Od dwóch lat?
— Nie masz pojęcia o prowadzeniu firmy.
— To prawda. Dlatego nie prowadzę firmy, która co miesiąc przynosi mi straty.
— Łatwo ci mówić. Masz dom bez kredytu, oszczędności i emeryturę.
— Mam to, bo razem z Janem pracowaliśmy ponad czterdzieści lat.
— Właśnie. Wy mieliście łatwiej.
Prawie odpowiedziałam ostro.
Powstrzymałam się.
Każde pokolenie uważa, że inne miało prościej w niewłaściwych sprawach.
Nie zamierzałam urządzać konkursu na cierpienie.
— Być może w niektórych rzeczach mieliśmy łatwiej. To nie zmienia faktu, że nie jestem odpowiedzialna za wasze kredyty.
— Jesteś jego matką.
— Tak.
— A Zosia i Franek to twoje wnuki.
Tu się zatrzymałam.
Właśnie na to czekała.
— Nie wciągaj dzieci.
— Ale to one na tym ucierpią.
— Jeśli użyjesz ich jako argumentu, żebym spłaciła wasze długi, zakończę rozmowę.
— Niesamowite.
— Co?
— Jak szybko człowiek pokazuje prawdziwą twarz, kiedy chodzi o pieniądze.
Przez sekundę miałam ochotę się roześmiać.
— W tej jednej sprawie się zgadzamy.
Rozłączyłam się.
Dwa dni później zadzwoniła Elżbieta, moja młodsza siostra.
— Co ty wyprawiasz?
— Zależy, kto pyta.
— Karolina.
Oczywiście.
— Dzwoniła do ciebie?
— Płakała przez czterdzieści minut.
— Karolina?
— No, może nie przez całe czterdzieści.
Usiadłam na tarasie.
— Co powiedziała?
— Że wyrzuciłaś ich na lodzie, odebrałaś dzieciom wakacje, chcesz wydziedziczyć Michała i przez ciebie mogą stracić mieszkanie.
— Sporo jak na jeden tydzień.
— Marta.
— Elu, chcesz usłyszeć drugą wersję?
— Dlatego dzwonię.
Opowiedziałam jej o hotelu.
O pokoju.
O karcie.
O przelewach.
O agencji nieruchomości.
Przy mieszkaniu z zieloną kuchnią Elżbieta przestała mi przerywać.
— Chwileczkę — powiedziała. — Oni oglądali mieszkanie dla ciebie?
— Tak.
— Bez ciebie?
— Tak.
— I mieli plan, żebyś sprzedała dom?
— Tak.
Elżbieta zaklęła.
Moja siostra przeklinała mniej więcej dwa razy w roku.
To było wydarzenie.
— Pamiętasz, co Michał pytał mnie w lutym? — odezwała się po chwili.
Zamarłam.
— Nie.
— Czy gdybyś przeprowadziła się do mniejszego mieszkania, to pomogłabym ci w przeprowadzce.
— Co mu odpowiedziałaś?
— Że oczywiście. Myślałam, że z tobą o tym rozmawiał.
Oparłam głowę o fotel.
Luty.
Był wrzesień.
To nie trwało kilka tygodni.
Trwało co najmniej siedem miesięcy.
— Coś jeszcze?
Elżbieta milczała.
— Elu.
— Pytał, czy po śmierci Jana była robiona wycena domu.
Poczułam, jak robi mi się słabo.
— Kiedy?
— Mniej więcej wtedy.
— Dlaczego mi nie powiedziałaś?
— Bo to brzmiało normalnie. Myślałam, że rozmawiacie o sprzedaży.
Następny element wskoczył na swoje miejsce.
Kartka znaleziona w drukarce po operacji nie była początkiem.
Była tylko pierwszą rzeczą, którą zauważyłam.
Nazajutrz poprosiłam Michała o spotkanie.
Przyjechał sam.
Nie zapraszałam go do kuchni.
Usiedliśmy w salonie.
— Od kiedy planowaliście sprzedaż mojego domu?
Zbladł.
— Mówiłem ci…
— Od kiedy?
Długo milczał.
— Od zimy.
— Byłam wtedy po operacji.
— Wiem.
— Kiedy dokładnie powstał ten pomysł?
— Karolina rzuciła go wcześniej. Później zaczęliśmy liczyć.
— „Zaczęliśmy”.
— Tak.
— Czyli to nie był tylko jej pomysł.
Michał spuścił głowę.
— Nie.
To było ważne.
Mógł zrzucić wszystko na żonę.
Nie zrobił tego.
— Dlaczego nie zapytaliście mnie od razu?
— Bo wiedziałem, że powiesz nie.
— Wspaniale. Przynajmniej mnie znasz.