Anna pobladła.
— Nie otrzymałam.
— Pieniądze zostały przelane na konto otwarte na pani dane.
Świat jakby przechylił się o kilka stopni.
— Jakie konto?
Pascal podał numer.
Anna nie znała go.
— To nie moje.
— Konto zamknięto po czterech miesiącach.
— Kto wypłacił pieniądze?
— Tego właśnie próbujemy ustalić.
Anna usiadła.
Teraz rozumiała, dlaczego samo usunięcie jej z uczelni było niewystarczające.
Jeśli kiedyś rozpoczęto by dochodzenie, dokumenty mogły przedstawiać ją nie jako sygnalistkę, ale beneficjentkę procederu.
Osobę, która wzięła pieniądze, a potem oskarżała innych.
— Oni nie tylko chcieli mnie uciszyć — powiedziała.
Nikt nie zaprzeczył.
— Przygotowali zabezpieczenie na wypadek, gdybym mówiła.
Piotr położył dłoń na stole.
— Idziemy z tym do prokuratury.
Anna niemal automatycznie chciała powiedzieć nie.
Ale tym razem słowo nie wyszło.
Patrzyła na swój sfałszowany podpis.
Przypominał jej prawdziwy.
Ktoś ćwiczył.
Ktoś miał dostęp do dokumentów, które podpisywała.
Ktoś przewidział, że pewnego dnia może potrzebować dowodu przeciwko niej.
— Tak — powiedziała.
Étienne odetchnął.
Anna spojrzała na niego.
— Ale pan nie idzie ze mną jako przyjaciel.
— Nigdy nie twierdziłem, że nim jestem.
— Dobrze.
Wstała.
— Bo nadal panu nie ufam.
*
Tego samego dnia sprawa przestała być internetową historią o aroganckim biznesmenie.
Anna złożyła zawiadomienie.
Przekazała kopie dokumentów.
Étienne i Pascal przesłali materiały swojej spółki przez kancelarię.
Marta Rosińska zgodziła się przekazać telefon z wiadomościami do analizy.
Adrian Krawiec nie odbierał połączeń od dziennikarzy.
Jego firma wydała krótkie oświadczenie, w którym zapewniała, że „materiały krążące w przestrzeni publicznej mogą być zmanipulowane i służyć próbie wymuszenia”.
Nazwiska Anny nie wymieniono.
Roberta Lemańskiego również.
Ale trzy godziny później uniwersytet ogłosił, że profesor bierze urlop „z przyczyn osobistych”.
Anna przeczytała komunikat i poczuła gorzki smak.
Trzy lata.
Tyle zajęło instytucji odkrycie „przyczyn osobistych”.
Wieczorem pojechała do matki.
Zofia oglądała telewizję.
— Byłaś na policji?
— Tak.
— I?
— Nic spektakularnego. Pytania. Dokumenty. Kolejne pytania.
— Bałaś się?
Anna zdjęła kurtkę.
— Bardzo.
Matka uśmiechnęła się.
— To dobrze.
— Dobrze?
— Odwaga bez strachu to często tylko głupota.
Anna chciała odpowiedzieć, ale zadzwonił domofon.
Była prawie dwudziesta druga.
— Spodziewasz się kogoś? — zapytała Zofia.
— Nie.
Anna podeszła do aparatu.
— Tak?
Przez chwilę cisza.
Potem męski głos.
— Anna?
Zamarła.
Znała go.
Trzy lata mogły zmienić barwę, ale nie sposób przeciągania ostatniej sylaby jej imienia.
Robert Lemański.
— Musimy porozmawiać.
Anna ścisnęła słuchawkę.
— Nie.
— Mam coś, co może wyjaśnić wszystko.
— Proszę przekazać to prokuraturze.
— Nie mogę.
— W takim razie nie mamy o czym rozmawiać.
— Anna, Krawiec cię okłamuje.
Prawie się roześmiała.
— To akurat już wiem.
— Nie rozumiesz. On okłamywał również mnie.
Anna milczała.
— Dokument, który masz, nie jest całością — ciągnął Lemański. — Jeśli chcesz wiedzieć, kto naprawdę użył twojego nazwiska, zejdź.
— Nie.
— W takim razie jutro może być za późno.
Rozłączył się.
Anna stała nieruchomo.
Matka patrzyła z pokoju.
— Kto?
— Lemański.
Zofia pobladła.
— Nie schodź.
— Nie zamierzam.
Podeszła do okna.
Na ulicy stał ciemny samochód.
Obok niego mężczyzna w płaszczu.
Profesor wyglądał starzej, niż go zapamiętała.
Nie jak potężny człowiek z uniwersytetu.
Jak ktoś uciekający.
Wyjął z kieszeni dużą kopertę.
Podniósł ją tak, by Anna zobaczyła.
Potem położył na masce samochodu.
Uniósł obie dłonie.
I odszedł.
Bez próby wejścia do budynku.
Bez kolejnego telefonu.
Anna nie ruszyła się przez kilka minut.
W końcu zadzwoniła do Piotra.
Potem na numer funkcjonariusza, który wcześniej prowadził rozmowę.
Nie zeszła sama.
Kopertę zabezpieczono.
Otworzono ją przy niej następnego ranka.
W środku znajdowała się pamięć USB oraz odręcznie napisana kartka.
„Nie jestem niewinny. Ale nie zrobiłem wszystkiego, o co mnie oskarżą. Szukaj daty 14 maja”.
Na pendrivie były setki dokumentów.
Najważniejszy plik nosił prostą nazwę:
14_05_AUDIO.
Nagranie trwało siedemnaście minut.
Anna usiadła w pomieszczeniu przesłuchań i założyła słuchawki.
Najpierw usłyszała Lemańskiego.
Potem Adriana.
Rozmawiali o jej zgłoszeniu.
O fakturach.
O sposobie odsunięcia jej od projektów.
Wszystko, czego się spodziewała.
Aż do dwunastej minuty.
Wtedy do rozmowy dołączył trzeci głos.
Kobiecy.
Anna zdjęła słuchawki.
— Proszę zatrzymać.
Funkcjonariusz spojrzał na nią.
— Rozpoznaje pani?
Nie odpowiedziała.
Założyła słuchawki ponownie.
Kobieta mówiła:
„Nie możecie jej po prostu wyrzucić. Jeśli będzie kontrola, wygląda to jak odwet. Trzeba sprawić, żeby sama zniknęła z projektu”.
Anna słuchała dalej.
„Konto już jest przygotowane. Dokumentacja również. Jeśli zacznie mówić, pokażemy, że sama brała pieniądze”.
Głos był starszy niż trzy lata wcześniej w jej pamięci.
Ale znała go.
Nie z uczelni.
Nie z restauracji.
Z domu.
Z rodzinnych spotkań.
Z telefonów, które kiedyś odbierała co tydzień.
Anna zdjęła słuchawki.
— To niemożliwe.
— Kto to jest?
Jej dłonie zaczęły drżeć.
— Moja ciotka.
Elżbieta Wysocka.
Starsza siostra jej zmarłego ojca.
Księgowa.
Kobieta, która trzy lata temu pomagała Annie uporządkować dokumenty podatkowe.
Kobieta, która miała kopię jej dowodu.
Dostęp do podpisów.
Danych.