Adrian poderwał się.
— Proszę natychmiast zawołać kierownika.
Marta spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Dlaczego jesteś taki przerażony?
— Nie jestem.
Ale był.
Anna widziała to wyraźnie.
Étienne pochylił się ku niej.
— Czy padły słowa „fałszywy aneks”?
Adrian złapał go za nadgarstek.
— Ani słowa więcej.
Pascal odsunął krzesło.
W tej samej chwili telefon Marty, leżący obok kieliszka, zawibrował.
Spojrzała na ekran.
Jej twarz pobladła.
— Adrian… co to jest?
Pokazała mu wiadomość od nieznanego nadawcy.
Na zdjęciu widniał skan dokumentu opatrzonego logotypem Krawiec Development.
Pod nim znajdowały się podpisy.
Jednym z nich było nazwisko Roberta Lemańskiego.
Drugim — Adriana Krawca.
A pod fotografią ktoś napisał tylko jedno zdanie:
„Zapytaj narzeczonego, dlaczego kelnerka przy waszym stoliku straciła kiedyś pracę.”
CZĘŚĆ 3
Adrian nie próbował już udawać rozbawienia.
Patrzył na ekran telefonu Marty tak, jak człowiek patrzy na drzwi, które jeszcze chwilę wcześniej uważał za zamknięte.
Anna zauważyła zmianę natychmiast. Zniknęła pewność siebie, z którą kilka minut wcześniej poprawiał mankiet koszuli i pstrykał palcami na obsługę. Jego twarz nie wyrażała jeszcze paniki. To było coś wcześniejszego — szybkie, brutalne liczenie możliwości.
Kto wysłał wiadomość?
Kto posiadał dokument?
Ile osób mogło go zobaczyć?
Czy istniały kopie?
Marta wstała.
— Pytam jeszcze raz. Co to jest?
Adrian sięgnął po telefon.
— Daj mi.
Cofnęła rękę.
— Nie dotykaj.
To krótkie zdanie zabrzmiało inaczej niż wcześniejsze „wystarczy”. Nie było prośbą narzeczonej, która chciała przerwać niezręczną scenę. Było ostrzeżeniem.
Przy sąsiednich stolikach ludzie przestali już nawet udawać, że nie słuchają.
Kierownik sali, Piotr Lewandowski, pojawił się kilka kroków dalej. Zauważył napięcie i już otwierał usta, lecz Anna lekko uniosła dłoń.
Nie wiedziała, dlaczego to zrobiła.
Może dlatego, że po trzech latach milczenia pierwszy raz poczuła, że nie musi się cofać.
— Pani Wysocka — powiedział Adrian cicho — proszę wrócić do swoich obowiązków.
Nazwisko uderzyło ją mocniej niż wcześniejsze obelgi.
Anna nie przedstawiała mu się.
Na plakietce widniało tylko „Anna”.
Étienne również to zauważył.
— Skąd zna pan jej nazwisko?
Marta spojrzała na narzeczonego.
Adrian przez krótką chwilę nic nie mówił.
Potem wzruszył ramionami.
— Kierownik musiał je wcześniej powiedzieć.
— Nie mówiłem — odezwał się Piotr.
Cisza stała się ciężka.
Anna patrzyła na Adriana i nagle przypomniała sobie rozmowę sprzed trzech lat.
Gabinet Roberta Lemańskiego na uniwersytecie. Zamknięte drzwi. Stos wydruków na biurku. Profesor siedzący naprzeciwko niej z miną człowieka urażonego samym faktem, że ktoś ośmielił się sprawdzić jego dokumenty.
„Nie rozumie pani, z kim zaczyna wojnę”.
Wtedy uznała to za typowe zastraszanie.
Kilka tygodni później na uczelni pojawiła się kancelaria reprezentująca fundację finansującą część projektów Lemańskiego.
Nazwy kancelarii nie pamiętała.
Pamiętała za to młodego, elegancko ubranego mężczyznę, który czekał kiedyś przed gabinetem profesora.
Widziała go zaledwie przez kilkanaście sekund.
Był szczuplejszy.
Miał inne włosy.
Nie nosił jeszcze drogiego zegarka.
Ale oczy były te same.
Spojrzała na Adriana.
— My już się spotkaliśmy.
Jego twarz stężała.
Marta odwróciła się do niego tak gwałtownie, że zahaczyła o kieliszek.
— Co?
Anna czuła, jak serce uderza jej w piersi.
— Trzy lata temu. Uniwersytet Warszawski. Korytarz przy gabinecie profesora Lemańskiego.
Adrian zaśmiał się krótko.
— Bzdura.
— Miał pan granatową teczkę. Rozmawiał pan z jego sekretarką. Powiedział pan, że dokumenty dla fundacji muszą zostać podpisane przed piątkiem.
Uśmiech zniknął.
— Pomyliła mnie pani z kimś.
— Możliwe.
Anna powiedziała to spokojnie, lecz właśnie ta pozorna zgoda sprawiła, że Adrian wyglądał na jeszcze bardziej spiętego.
— Ale pan najwyraźniej mnie nie pomylił, skoro zna moje nazwisko.
Marta znów spojrzała na wiadomość.
— Kim jest Lemański?
Nikt nie odpowiedział od razu.
W końcu Anna zrobiła to sama.
— Był moim przełożonym. Zgłosiłam nieprawidłowości związane z jego publikacjami i grantami. Niedługo później straciłam możliwość pracy na uczelni.
— Została pani zwolniona? — zapytał Pascal.
— Formalnie nie. To byłoby zbyt proste. Najpierw zniknęły zajęcia. Potem projekty. Potem zlecenia. Ludzie przestali odbierać telefony. Każdy miał jakiś powód.
Étienne zacisnął szczękę.
— Typowa metoda.
Adrian spojrzał na niego ostro.
— Nie wie pan, o czym mówi.
— Wiem znacznie więcej, niż chciałbym wiedzieć.
To zdanie przesunęło uwagę wszystkich z Anny na Francuza.
Adrian po raz pierwszy wyglądał tak, jakby naprawdę chciał wyjść.
— Kończymy spotkanie.
Sięgnął po marynarkę.
Étienne nie ruszył się.
— Nie.
— Nasza rozmowa biznesowa właśnie się skończyła.
— Przeciwnie. Dopiero zaczęła być interesująca.
Pascal przysunął do siebie leżący na stole tablet.
— Étienne…
— Nie zamierzam podpisywać jutro umowy, dopóki tego nie wyjaśnimy.
Na twarzy Adriana pojawiło się coś, co Anna znała z dawnych spotkań z profesorem Lemańskim.
Nie strach.
Wściekłość człowieka, któremu ktoś odebrał kontrolę nad rozmową.
— To jest prywatna sprawa.
— Nie, jeśli dokument z nazwiskiem Lemańskiego dotyczy spółki, która ma uczestniczyć w naszym przedsięwzięciu.
Marta usiadła powoli.
— Jakim przedsięwzięciu?
Adrian spojrzał na nią.
— Kochanie, nie teraz.
— Nie nazywaj mnie tak.
To było pierwsze pęknięcie.
Nie głośne.
Nie teatralne.