Ale Anna zobaczyła po jego twarzy, że zabolało bardziej niż francuska korekta.

Piotr podszedł bliżej Anny.

— Chcesz, żebym wezwał ochronę?

Adrian usłyszał.

— Ochronę? Dla mnie?

— Jeżeli będzie pan przeszkadzał pracownikom albo innym gościom, tak.

Jeszcze godzinę wcześniej Piotr prawdopodobnie próbowałby załagodzić sytuację. Restauracje takie jak L’Orangerie żyły z ludzi podobnych do Adriana. Jeden niezadowolony klient potrafił zrobić więcej szkody niż dziesięć pochwał.

Ale przy kilku stolikach pojawiły się już telefony.

Adrian też to dostrzegł.

— Proszę nie nagrywać — rzucił w stronę sali.

Nikt oficjalnie nie przyznał, że nagrywa.

Kobieta siedząca niedaleko szybko opuściła telefon.

Młody mężczyzna przy barze odwrócił ekran.

Adrian zwrócił się do Piotra:

— Ma pan obowiązek zadbać o prywatność klientów.

— Mam również obowiązek zadbać o bezpieczeństwo personelu.

— Bezpieczeństwo? Kogo ja niby zaatakowałem?

Anna prawie się uśmiechnęła.

Jeszcze kilka minut temu jego broń była niewidzialna: pozycja, pieniądze, kpina, przekonanie, że druga osoba nie odpowie.

Teraz nagle żądał dowodu przemocy.

Marta wciąż czytała wiadomość.

— Jest załącznik.

Adrian odwrócił się do niej.

— Nie otwieraj.

Za późno.

Na ekranie pojawił się kilkustronicowy dokument.

Marta przesuwała palcem.

Anna widziała tylko fragmenty.

Daty.

Kwoty.

Nazwę fundacji.

Numer projektu.

I kilkukrotnie powtarzające się Krawiec Development.

— Co znaczy „usługi konsultacyjne dotyczące adaptacji danych badawczych”? — zapytała Marta.

Adrian milczał.

— Pytam cię.

— To stare dokumenty.

— Co znaczy?

— Nie pamiętam.

Étienne wyciągnął rękę.

— Mogę?

Marta podała mu telefon.

Adrian zrobił krok naprzód.

Piotr natychmiast stanął między nimi.

— Proszę zachować spokój.

— To jest telefon mojej narzeczonej!

— Byłej — powiedziała Marta.

Wszyscy spojrzeli na nią.

Nawet ona sama wyglądała, jakby dopiero po wypowiedzeniu słowa zrozumiała jego znaczenie.

Adrian zbladł.

— Nie rób scen.

Marta roześmiała się bez cienia humoru.

— Ty pięć minut temu urządziłeś przedstawienie, żeby wyśmiać kobietę, której nawet nie znałeś. A teraz ja robię scenę?

Anna spuściła wzrok.

Nie chciała być powodem rozpadu czyjegoś związku.

Ale natychmiast poprawiła samą siebie.

Nie była powodem.

Była tylko przypadkowym światłem padającym na coś, co już wcześniej pękało.

Étienne czytał dokument.

Jego twarz z każdą sekundą robiła się poważniejsza.

— Pascal.

Podał mu telefon.

Francuz przeczytał dwie strony.

— Adrian, skąd to pochodzi?

— Mówiłem. Nie wiem.

— Twoja spółka wystawiła faktury fundacji prowadzonej przez Lemańskiego.

— Firma realizowała setki zleceń.

— Za konsultacje językowe?

Adrian nie odpowiedział.

Anna poczuła mrowienie w karku.

— Jakie konsultacje?

Pascal przeczytał opis.

— „Opracowanie anglo- i francuskojęzycznej dokumentacji projektowej, korekta publikacji oraz dostosowanie raportów badawczych do wymogów partnerów zagranicznych”.

Anna zrobiła krok bliżej.

— Kiedy?

Padły daty.

Znała je.

To były miesiące, w których jej zespół przygotowywał dokumentację projektu finansowanego z zagranicznego grantu.

— Te prace wykonywali doktoranci — powiedziała. — Bez dodatkowego wynagrodzenia.

Pascal spojrzał na nią.

— Jest pani pewna?

— Sama część z nich tłumaczyłam.

Adrian zaczął zbierać dokumenty z teczki.

— Mam dość tego cyrku.

Étienne położył dłoń na teczce.

— Zostaw.

— Proszę zabrać rękę.

— Jutro miałeś podpisać oświadczenie, że twoja firma nigdy nie uczestniczyła w postępowaniu dotyczącym niewłaściwego wykorzystania środków publicznych ani grantowych.

— I nie uczestniczyła.

— W takim razie nie powinieneś się denerwować.

— Denerwuję się, bo grupa obcych ludzi analizuje skradzione dokumenty podczas kolacji.

Anna słuchała i nagle przypomniała sobie jedno zdanie z jego telefonicznej rozmowy.

„Aneks jest czysty. Problemem pozostaje oryginał”.

— Jaki oryginał? — zapytała.

Adrian zastygł.

— Co?

— Przez telefon powiedział pan: „Aneks jest czysty. Problemem pozostaje oryginał”.

Pascal i Étienne wymienili spojrzenia.

— Jest pani pewna tych słów? — spytał Étienne.

— Tak.

Adrian uśmiechnął się nerwowo.

— Widzi pani? To właśnie dlatego pracownicy obsługi nie powinni podsłuchiwać klientów. Słyszą pół zdania i budują fantazje.

Anna poczuła ukłucie dawnego lęku.

Właśnie w taki sposób podważano ją trzy lata wcześniej.

Najpierw nie kwestionowano dokumentów.

Kwestionowano ją.

Jej pamięć.

Jej motywację.

Jej charakter.

„Jest emocjonalna”.

„Źle zinterpretowała sytuację”.

„Ma osobisty konflikt z profesorem”.

„Chce zwrócić na siebie uwagę”.

Mechanizm był tak znajomy, że niemal mogła przewidzieć kolejne zdanie.

— Być może po tym, co spotkało panią na uczelni, doszukuje się pani wszędzie spisku — powiedział Adrian.

Anna poczuła, jak żołądek zaciska się w supeł.

Dokładnie.

Spojrzała mu w oczy.

— A być może dlatego, że spotkało mnie to na uczelni, nauczyłam się zwracać uwagę na szczegóły.

Przez kilka sekund nikt się nie odezwał.

Potem z kieszeni Adriana dobiegł dźwięk przychodzącej wiadomości.

Wyjął telefon.

Anna zobaczyła tylko jego reakcję.

Cała krew odpłynęła mu z twarzy.

Schował ekran.

— Muszę wyjść.

— Co się stało? — spytała Marta.

— Nic.

— Pokaż telefon.

— Nie.

Ruszył w kierunku wyjścia.

Étienne wstał.

— Jeżeli wyjdziesz teraz, jutrzejsze spotkanie jest odwołane.

Adrian zatrzymał się.

Ta informacja uderzyła w niego skuteczniej niż cokolwiek wcześniej.

Odwrócił się powoli.

— Chcesz zerwać projekt wart osiemdziesiąt milionów euro przez anonimową wiadomość?

Anna usłyszała kilka westchnień przy sąsiednich stolikach.