Nie podobała jej się szybka zgoda.
— Czego pan chce?
— Spotkać się.
Przypomniała sobie anonimową wiadomość.
Nie ufaj Francuzowi.
— Nie.
— Pani Anno, firma Krawca była badana przez naszą wewnętrzną jednostkę zgodności jeszcze przed wczorajszą kolacją.
Zamilkła.
— Co?
— Dlatego Pascal i ja byliśmy w Warszawie wcześniej niż pozostali członkowie zespołu.
— Czyli wiedzieliście?
— Mieliśmy podejrzenia.
— I mimo to siedzieliście z nim przy kolacji?
— Potrzebowaliśmy dokumentów i wyjaśnień.
— Używaliście mnie?
— Nie wiedzieliśmy, kim pani jest.
Anna zacisnęła palce na telefonie.
— Mam w to uwierzyć?
— Nie musi pani. Dlatego chcę pokazać pani materiały.
— Dlaczego mnie?
Étienne zrobił krótką przerwę.
— Bo pani nazwisko występuje w jednym z nich.
Serce Anny przyspieszyło.
— Gdzie?
— Nie przez telefon.
— Nie spotkam się z panem sama.
— Rozumiem.
— I nie w hotelu.
— Oczywiście.
— Kawiarnia. Publiczne miejsce.
— Proszę wybrać.
Anna wybrała lokal naprzeciwko sądu.
Nie dlatego, że sąd gwarantował bezpieczeństwo.
Chciała po prostu patrzeć na budynek, który symbolizował coś, w co od trzech lat nie była pewna, czy jeszcze wierzy.
*
Étienne przyszedł z Pascalem.
Anna zabrała Piotra.
Nie pytała, czy chce.
Po prostu powiedziała, gdzie idzie.
Pojawił się dziesięć minut wcześniej.
— Gdyby moja żona pytała, dziś mam bardzo spokojny dzień w pracy — powiedział.
Pierwszy raz od poprzedniego wieczoru Anna uśmiechnęła się szczerze.
Étienne położył na stole cienką teczkę.
— To kopie.
Anna nie dotknęła dokumentów.
— Najpierw proszę powiedzieć, co badaliście.
Francuz pochylił się.
— Krawiec Development miało zostać lokalnym partnerem przy rewitalizacji kilku obiektów poprzemysłowych. Duża inwestycja. Finansowanie mieszane. Zanim podpisujemy kontrakt takiej wartości, analizujemy historię spółki.
— I znaleźliście Lemańskiego.
— Znaleźliśmy przepływy finansowe między firmą Krawca a fundacją związaną z uniwersytetem.
— Sprzed trzech lat?
— Między innymi.
Pascal przesunął pierwszy dokument.
Była to tabela przelewów.
Kwoty nie były ogromne w skali wielkich inwestycji.
Po kilkadziesiąt tysięcy.
Regularnie.
Anna przewracała kartki.
— Za co?
— Oficjalnie za konsultacje, tłumaczenia i opracowania.
— Które wykonywali ludzie na uniwersytecie.
— Właśnie.
— Czyli wystawiano faktury za pracę wykonaną przez kogoś innego?
— To jedna z hipotez.
— A pieniądze?
— Część wracała.
Anna podniosła wzrok.
— Dokąd?
Pascal podał następny dokument.
Spółka.
Fundacja.
Firma doradcza.
Kolejna spółka.
Nazwy tworzyły labirynt.
— Nie rozumiem.
— To celowe — powiedział Étienne. — Ale jedna ze spółek pośredniczących należała do brata Roberta Lemańskiego.
Anna poczuła mdłości.
— A Adrian?
— Jego firma wystawiała faktury i otrzymywała część środków.
— Po co miałby ryzykować dla takich kwot? Wczoraj mówił o projekcie za osiemdziesiąt milionów euro.
— Trzy lata temu jego firma była znacznie mniejsza.
To miało sens.
Przerażająco dużo sensu.
Anna przewróciła kolejną stronę.
Znalazła swoje nazwisko.
Tym razem nie była to notatka.
To był e-mail.
Od Roberta Lemańskiego do Adriana.
„Wysocka zaczyna sprawdzać źródła. Jeśli dotrze do faktur, będziemy mieli problem. Trzeba stworzyć wrażenie, że jej zastrzeżenia wynikają z konfliktu personalnego”.
Anna czytała zdanie wielokrotnie.
Pod nim odpowiedź:
„Nie zwalniaj jej. Wygaszaj. Zwolnienie daje jej procedurę odwoławczą”.
Nadawcą był Adrian Krawiec.
Piotr zaklął pod nosem.
Anna nie czuła triumfu.
Czuła pustkę.
Przez trzy lata nosiła w sobie pytanie, czy to wszystko naprawdę się wydarzyło.
Teraz odpowiedź leżała przed nią.
I była gorsza niż niepewność.
— Skąd to macie?
— Z anonimowego źródła.
Anna odsunęła dokument.
— Folder 17?
Étienne spojrzał na nią uważnie.
— Skąd pani wie?
Serce zaczęło bić szybciej.
— Kto wysłał Martę wiadomość?
— Nie wiem.
— A panu?
— Część dokumentów trafiła do naszej centrali sześć tygodni temu.
— Anonimowo?
— Tak.
Anna przypomniała sobie ostrzeżenie.
Nie ufaj Francuzowi. Folder 17 był przynętą.
— Czy wszystkie te dokumenty pochodzą z tego folderu?
Étienne zawahał się.
Za długo.
— Nie.
— Kłamie pan.
Piotr przesunął krzesło.
Pascal westchnął.
— Étienne.
Francuz spojrzał na Annę.
— Otrzymaliśmy folder 17 wcześniej.
— Czyli wczoraj wiedział pan, co Marta otworzy.
— Wiedziałem, co może tam znaleźć.
Anna wstała.
— To było ustawione.
— Nie.
— Przypadkiem spotkał mnie pan w restauracji, przypadkiem Krawiec zaczął mówić po francusku, przypadkiem zapytał pan o telefon, a potem dokładnie ten sam folder pojawił się na telefonie jego narzeczonej?
— Nie wiedzieliśmy, że pani tam pracuje.
— Ale wiedzieliście, że ktoś wyśle folder.
Étienne milczał.
— Kto?
— Nie wiemy.
— Przestańcie mówić, że nie wiecie.
Anna zebrała torebkę.
— Pani Anno, proszę.
— Nie.
— Jest jeszcze coś.
Zatrzymała się.
Étienne wyjął ostatnią kartkę.
Nie podał jej od razu.
— Prawdopodobnie dlatego ktoś chciał, żebyśmy panią znaleźli.
Anna poczuła niepokój.
— Co tam jest?
Francuz przesunął dokument.
Był to skan umowy.
Data sprzed trzech lat.
Jej nazwisko.
Adres.
Numer dawnego dowodu osobistego.
Podpis.
Anna patrzyła na niego, nie rozumiejąc.
— Nigdy tego nie podpisywałam.
— Wiemy.
— Skąd?
— Ponieważ według umowy otrzymała pani osiemdziesiąt cztery tysiące złotych za tłumaczenie dokumentacji.