Dokładnie to samo, które trzy lata wcześniej powiedział Lemański.
— Profesor też tak powiedział.
W oczach Adriana coś drgnęło.
— I jak się to dla pani skończyło?
Marta gwałtownie odwróciła głowę.
Étienne wstał.
Piotr zrobił krok do przodu.
A Adrian zrozumiał o sekundę za późno, co właśnie powiedział.
Anna poczuła, że strach wraca.
Prawdziwy.
Nie ten związany z utratą pracy czy pieniędzy.
Ten, który pojawia się, kiedy człowiek uświadamia sobie, że przeciwnik nie tylko zna przeszłość, ale świadomie wykorzystuje ją jako ostrzeżenie.
— To była groźba? — zapytał Piotr.
— Oczywiście, że nie.
— Brzmiała jak groźba — powiedziała Marta.
— Powiedziałem tylko fakt. Jej konflikt z Lemańskim zniszczył jej karierę.
Anna wpatrywała się w niego.
— Skąd pan wie, że ją zniszczył?
Adrian nie odpowiedział.
— Skoro podobno ledwie mnie pan kojarzy?
Telefon Étienne’a zadzwonił.
Spojrzał na nazwisko.
Odszedł kilka kroków i odebrał.
Rozmawiał po francusku tak cicho, że nawet Anna słyszała jedynie pojedyncze słowa.
Audyt.
Warszawa.
Dokumentacja.
Wstrzymanie.
Po minucie wrócił.
— Nasza centrala blokuje jutrzejsze podpisanie.
Adrian pobladł.
— Na jakiej podstawie?
— Do czasu przeprowadzenia kontroli.
— Nie możesz tego zrobić.
— Już zrobiłem.
Przez twarz Adriana przeszedł cień czystej paniki.
Osiemdziesiąt milionów euro właśnie przestało być abstrakcyjnym kontraktem.
Stało się przepaścią.
— Przez nią? — wskazał Annę.
Étienne pokręcił głową.
— Nie. Przez ciebie.
To zdanie niemal fizycznie odebrało Adrianowi równowagę.
Usiadł.
Przez chwilę wyglądał starzej.
Marta stała obok, trzymając torebkę.
— Gdzie dziś śpisz? — zapytała.
Spojrzał na nią.
— Nie zaczynaj.
— Pytam, żebym wiedziała, czy mam zmienić zamki.
— Marta.
— Nie wracaj do mojego mieszkania.
— Naszego.
— Akt własności jest na mnie.
Adrian spuścił głowę.
Anna poczuła ukłucie współczucia, którego się po sobie nie spodziewała.
Nie dla jego sytuacji.
Dla człowieka, którym być może mógł kiedyś zostać, zanim nauczył się, że wszystko można kupić, wyciszyć albo zastraszyć.
Wtedy telefon Anny zawibrował.
Numer nieznany.
Otworzyła wiadomość.
„Nie ufaj Francuzowi. Folder 17 był przynętą. Prawdziwy dokument jest u Lemańskiego”.
Anna podniosła wzrok na Étienne’a.
Stał kilka metrów dalej.
Rozmawiał z Pascalem.
Nie wyglądał na kogoś, kto właśnie zastawia pułapkę.
Ale czy Adrian kilka minut wcześniej wyglądał na człowieka, który trzy lata temu pomagał planować jej zawodowe zniszczenie?
Schowała telefon.
— Wszystko w porządku? — zapytał Piotr.
— Tak.
Skłamała automatycznie.
Po raz pierwszy tej nocy.
*
Następnego ranka Anna nie poszła do pracy.
Nie dlatego, że nie chciała.
Piotr zadzwonił do niej przed ósmą.
— Masz dzień wolny. Płatny.
— Nie potrzebuję…
— To nie jest prośba. Od szóstej rano dzwonią dziennikarze.
Anna usiadła na brzegu łóżka.
Matka spała w drugim pokoju po nocnym ataku bólu.
— Nagranie trafiło do internetu?
— Fragment.
Anna zamknęła oczy.
— Który?
— Ten, jak poprawiasz jego francuski. Bez dalszej części.
Poczuła ulgę.
Potem wstyd, że ją poczuła.
— Ile osób to widziało?
Piotr milczał.
— Piotr?
— Dużo.
W internecie film miał już kilkaset tysięcy wyświetleń.
„Biznesmen próbował upokorzyć kelnerkę”.
„Kelnerka odpowiada perfekcyjnym francuskim”.
„Arogancja kontra wiedza”.
Nagranie urywało się dokładnie przed pytaniem Étienne’a o rozmowę telefoniczną.
Anna obejrzała je raz.
Potem drugi.
Za trzecim razem nie mogła patrzeć.
Ludzie w komentarzach nazywali ją królową, profesorką, bohaterką.
Inni twierdzili, że scena została ustawiona.
Ktoś znalazł jej stare publikacje uniwersyteckie.
Ktoś inny nazwisko Lemańskiego.
Zaczęły pojawiać się pytania.
Dlaczego wykładowczyni została kelnerką?
Co wydarzyło się trzy lata wcześniej?
Anna odłożyła telefon.
Sława była ostatnią rzeczą, której chciała.
Z pokoju wyszła matka, Zofia.
Poruszała się powoli, wspierając na balkoniku.
— To ty?
Anna spojrzała na ekran telewizora.
Nagranie z restauracji.
Zamknęła oczy.
— Mamo…
Zofia oglądała chwilę.
— Ładnie mu powiedziałaś.
Anna wybuchnęła śmiechem.
Po sekundzie śmiech zmienił się w płacz.
Matka usiadła obok.
Nie pytała od razu.
Anna opowiedziała jej wszystko.
O dokumencie.
O inicjałach.
O Adrianie.
O Lemańskim.
O wiadomości ostrzegającej przed Étienne’em.
Zofia długo milczała.
— Pójdziesz z tym na policję?
— Nie wiem.
— Wiesz.
Anna spojrzała na nią.
— Trzy lata temu poszłam do komisji uczelnianej. Wiesz, co było potem.
— Wiem.
— Nie mam siły przechodzić przez to drugi raz.
Matka dotknęła jej dłoni.
— W takim razie nie rób tego dla uczelni.
— A dla kogo?
— Dla siebie.
Anna pokręciła głową.
— To nie jest takie proste.
— Nigdy nie jest.
Zofia wskazała ekran.
— Ale wczoraj też mogłaś spuścić głowę. Nie spuściłaś.
Anna pomyślała o pół milionie.
Nie powiedziała matce o tej kwocie.
Bała się, że zabrzmi absurdalnie.
Pół miliona za milczenie.
Pięćset tysięcy złotych mogło opłacić rehabilitację na lata.
Mogło kupić spokój.
Ale czy można kupić spokój od człowieka, który płaci właśnie za to, żebyś nie mówiła?
O jedenastej zadzwonił Étienne.
Anna patrzyła na ekran długo.
Odebrała.
— Skąd ma pan mój numer?
Cisza.
— Od kierownika restauracji. Powiedziałem, że chodzi o dokumenty.
— Nie powinien go panu dawać.
— Ma pani rację. Przepraszam.