Étienne odpowiedział bez emocji:

— Chcę wstrzymać projekt wart osiemdziesiąt milionów euro, ponieważ człowiek, który miał być naszym partnerem, właśnie próbował uciec po tym, jak padło nazwisko z dokumentów, których podobno nie pamięta.

Adrian zacisnął szczękę.

— To nie wasza sprawa.

— Od chwili, gdy poprosiłeś nas o pieniądze, każda rzecz mogąca wpłynąć na wiarygodność twojej spółki stała się naszą sprawą.

Marta siedziała nieruchomo.

— Osiemdziesiąt milionów?

Adrian spojrzał na nią ze zniecierpliwieniem.

— Mówiłem ci o projekcie.

— Mówiłeś o francuskim partnerze. Nie powiedziałeś, że od podpisu zależy osiemdziesiąt milionów.

— Bo nie interesujesz się moją pracą.

Na jej twarzy pojawił się ból.

Krótki.

Natychmiast zastąpiony gniewem.

— Zabawne. Kiedy potrzebowałeś, żebym przedstawiła cię ojcu, bardzo interesowało cię moje zdanie.

Adrian zamknął oczy na sekundę.

Anna wiedziała już, że Marta pochodzi z wpływowej rodziny. Nie wiedziała tylko, jak bardzo.

Marta wstała.

— Mój ojciec przedstawił ci dwóch ludzi z banku, bo powiedziałam mu, że można ci ufać.

— To nie ma nic wspólnego z dzisiejszą sytuacją.

— Właśnie zaczynam podejrzewać, że ma wszystko.

Telefon Marty ponownie zawibrował.

Tym razem wiadomość zawierała tylko adres internetowego dysku i hasło.

Pod spodem:

„Jeśli Krawiec powie, że dokumenty są fałszywe, otwórz folder 17”.

Adrian zobaczył tekst.

— Marta, nie.

Spojrzała na niego.

— Dlaczego?

— Bo nie wiesz, kto to wysyła.

— Ty wiesz?

Nie odpowiedział.

To wystarczyło.

Marta kliknęła.

Po chwili pojawiła się lista folderów.

Jeden.

Pięć.

Dwanaście.

Siedemnaście.

Otworzyła ostatni.

W środku były skany umów, faktur, korespondencji i kilka plików audio.

Anna poczuła, że robi jej się słabo.

Na miniaturze jednego dokumentu rozpoznała własne nazwisko.

— Proszę otworzyć ten.

Marta zawahała się.

Potem podała telefon Annie.

Adrian ruszył w jej stronę.

— Oddaj to.

Piotr ponownie go zatrzymał.

Anna otworzyła dokument.

Była to notatka datowana trzy lata wcześniej.

„Dotyczy: A. Wysocka”.

Niżej znajdował się krótki opis.

„Osoba konfliktowa, możliwość eskalacji. Rekomendowane ograniczenie dostępu do projektów, wygaszenie współpracy poprzez decyzje organizacyjne, bez formalnego rozwiązania mogącego wywołać odwołanie”.

Anna przeczytała fragment dwa razy.

W uszach zaczęło jej szumieć.

Przez trzy lata zastanawiała się, czy przesadzała.

Czy rzeczywiście jej kariera skończyła się przez zgłoszenie.

Czy może po prostu była zbyt słaba.

Za mało elastyczna.

Za mało lubiana.

Może zbieg okoliczności.

Może seria zwyczajnych decyzji.

A teraz patrzyła na plan.

Nie przypuszczenie.

Plan.

Pod notatką widniały inicjały.

R.L.

A.K.

Anna podniosła oczy.

— A.K.

Adrian milczał.

— Adrian Krawiec?

— To niczego nie dowodzi.

— Więc pamięta mnie pan od trzech lat.

— Powiedziałem tylko, że inicjały niczego nie dowodzą.

— Ale nie zaprzeczył pan.

Marta zasłoniła usta dłonią.

— Adrian…

— Przestańcie.

Po raz pierwszy podniósł głos naprawdę.

Fortepian umilkł.

Pianista zdjął dłonie z klawiszy.

Adrian rozejrzał się po sali.

Telefony.

Spojrzenia.

Szepty.

I wtedy zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał.

Zwrócił się do Anny.

— Ile?

Zmarszczyła brwi.

— Słucham?

— Ile pani chce?

W restauracji zapadła taka cisza, że słychać było pracę kostkarki za barem.

— Za co?

— Za zakończenie tej farsy.

Anna wpatrywała się w niego.

Adrian odzyskał trochę dawnej pewności siebie. Widocznie znał ten rodzaj rozmowy. Problem zmieniony w liczbę stawał się dla niego łatwiejszy.

— Sto tysięcy?

Marta patrzyła na niego jak na obcego człowieka.

— Oszalałeś.

— Dwieście.

Anna prawie nie słyszała kwot.

Widziała inne rzeczy.

Matkę liczącą pieniądze na rehabilitację.

Nieopłacony rachunek leżący rano na kuchennym stole.

Wiadomość od właściciela mieszkania o podwyżce czynszu.

Dwieście tysięcy zmieniłoby jej życie.

Adrian dostrzegł zawahanie.

— Trzysta tysięcy złotych. Podpisze pani ugodę o poufności, uzna pani, że dokumenty trafiły do pani przypadkiem i że nie ma pani wiedzy o ich autentyczności.

Étienne patrzył na Annę bez słowa.

Nie oceniał.

To było niemal gorsze.

Piotr również milczał.

Anna czuła, jak w jej głowie walczą dwie osoby.

Jedna mówiła: weź pieniądze.

Nie jesteś bohaterką.

Masz matkę.

Masz długi.

Nikt nie pomógł ci trzy lata temu.

Dlaczego teraz masz poświęcać wszystko dla prawdy, która wtedy nikogo nie obchodziła?

Druga przypominała jej Kubę stojącego w drzwiach kuchni.

Tę samą pogardę.

Ten sam mechanizm.

Ludzie tacy jak Adrian wygrywali nie dlatego, że byli zawsze silniejsi.

Wygrywali, bo wystarczająco często ktoś uznawał, że łatwiej jest milczeć.

Anna odłożyła telefon.

— Nie.

Adrian zmrużył oczy.

— Pani nawet nie rozumie, co odrzuca.

— Rozumiem dokładnie.

— Pół miliona.

Marta wydała z siebie cichy, niedowierzający śmiech.

Anna pokręciła głową.

— Nie wszystko jest negocjacją.

— Każdy ma cenę.

— To zdanie częściej mówi coś o kupującym niż o sprzedającym.

Przy jednym ze stolików ktoś zaczął klaskać.

Piotr odwrócił się natychmiast.

— Proszę tego nie robić.

Anna była mu za to wdzięczna.

Nie chciała być bohaterką przedstawienia.

Chciała tylko w końcu odzyskać własną historię.

Adrian zbliżył się na tyle, na ile pozwalał stojący między nimi Piotr.

— Nie ma pani pojęcia, z kim pani zadziera.

Anna poczuła zimno.

To zdanie.