Ja nie mogłam go zobaczyć, ale po formalnym zawiadomieniu sprawą zajęły się odpowiednie służby.

Najważniejsza informacja przyszła od Anny.

Osobą, która pojawiła się w banku z pełnomocnictwem, nie byłam ja.

Nie był to również Piotr.

— Kto? — zapytałam.

Anna zrobiła krótką pauzę.

— Kobieta.

Natychmiast pomyślałam o Kamili.

— Ona?

— Nie wiemy jeszcze oficjalnie. Nagranie będzie analizowane. Nie chcę zgadywać.

Kamila zaprzeczyła.

Przysięgała, że nigdy nie była w tym oddziale.

I wtedy sytuacja stała się jeszcze dziwniejsza.

Bo Iwona Maj przypomniała sobie, że pracownik przyjmujący dokument zanotował w systemie, że klientka okazała dowód osobisty.

Mój dowód.

Prawdziwy dowód miałam przy sobie.

Ale trzy miesiące wcześniej wymieniałam dokument.

Stary został unieważniony.

Zgodnie z procedurą powinien być zniszczony.

Przypomniałam sobie dzień, w którym odbierałam nowy.

Stary dowód włożyłam do szuflady w domu i planowałam później przeciąć.

Potem zapomniałam.

Pobiegłam do szuflady.

Dowodu nie było.

*

Przez następny tydzień wszystko przyspieszyło.

Anna złożyła pozew rozwodowy, ale celowo nie budowałyśmy całej strategii na zdradzie. Znacznie ważniejsze stało się zabezpieczenie finansowe.

Udało się zablokować sprzedaż mieszkań należących do PZ Development do czasu wyjaśnienia źródła części środków.

Bank przyjął reklamację dotyczącą nieautoryzowanych transakcji.

Piotr przestał do mnie dzwonić.

Zamiast tego pisał krótkie wiadomości:

„Możemy to załatwić bez niszczenia sobie życia.”

„Nie wszystko wygląda tak, jak myślisz.”

„Kamila kłamie.”

Kamila z kolei wysyłała:

„Piotr próbuje przerzucić wszystko na mnie.”

Każde z nich zaczynało ratować siebie.

To był pierwszy moment, w którym przestałam czuć się jak trzecia osoba w ich romansie.

Teraz to oni stali po dwóch stronach, a pomiędzy nimi znajdowały się dokumenty.

*

Przełom nastąpił w poniedziałek.

Anna zadzwoniła rano.

— Mamy nazwisko.

— Kogo?

— Kobiety z banku.

Usiadłam.

— Kamila?

— Nie.

Poczułam, że wszystko we mnie zamiera.

— Kto?

— Elżbieta Zawadzka.

Matka Piotra.

Przez kilka sekund nic nie powiedziałam.

Teściowa miała sześćdziesiąt trzy lata. Była elegancką, spokojną kobietą, która przez całe nasze małżeństwo zachowywała wobec mnie uprzejmy dystans.

Nie byłyśmy blisko, ale nigdy otwarcie się nie kłóciłyśmy.

— To niemożliwe.

— Monitoring nie pozostawia większych wątpliwości.

— Miała mój dowód?

— Prawdopodobnie stary dokument.

Nagle przypomniałam sobie marcowy weekend.

Elżbieta nocowała u nas, gdy ja byłam w Poznaniu. Piotr mówił, że przyjechała na badania.

Miała dostęp do mieszkania.

Do szuflady.

Do dowodu.

Do wzorów podpisu.

— Dlaczego jego matka miałaby to zrobić?

— Zapytamy.

Nie musiałyśmy długo czekać.

Tego samego wieczoru Elżbieta sama do mnie zadzwoniła.

— Marta, możemy się spotkać?

— Po co?

— Bo Piotr nie mówi ci wszystkiego.

— To rodzinne.

Westchnęła.

— Proszę.

Spotkałyśmy się w kancelarii Anny.

Elżbieta przyszła sama.

Kiedy zobaczyła prawniczkę, nie zaprotestowała.

Usiadła i położyła torebkę na kolanach.

Wyglądała na starszą niż tydzień wcześniej.

— Wzięłam twój stary dowód — powiedziała.

Bez wstępu.

— Dlaczego?

— Piotr powiedział, że potrzebuje pełnomocnictwa do uporządkowania inwestycji.

— I pomyślała pani, że można podrobić mój podpis?

Zamknęła oczy.

— Powiedział, że wcześniej się zgodziłaś, tylko nie masz czasu jechać do banku.

— Wierzyła pani?

— Chciałam wierzyć.

— To nie to samo.

Elżbieta przytaknęła.

— Wiem.

Anna zapytała:

— Kto przygotował dokument?

— Piotr.

— Kto podpisał?

Cisza.

— Pani?

Elżbieta zaczęła płakać.

— Tak.

Poczułam mdłości.

— Dlaczego?

— Bo był zdesperowany.

— Z powodu długów?

Spojrzała na mnie zaskoczona.

— Wiesz?

— Wiem trochę.

— Nie wiesz najgorszego.

Piotr nie miał tylko problemów w biurze.

Od ponad roku zaciągał prywatne zobowiązania związane z projektami inwestycyjnymi, zanim jeszcze założył spółkę z Kamilą.

Pierwsza inwestycja zakończyła się stratą.

Druga miała przynieść pieniądze na spłatę pierwszej.

Potem potrzebował kapitału na kolejną.

Schemat coraz bardziej przypominał próbę zasypywania jednej dziury kolejną.

— Ile? — zapytałam.

Elżbieta podała kwotę.

Prawie dziewięćset tysięcy złotych.

— Skąd?

— Prywatni inwestorzy. Pożyczki. Jeden kredyt.

— Czy moje mieszkanie jest zabezpieczeniem?

— Nie.

— Jest pani pewna?

— Tak.

— Mój majątek?

Milczenie.

— Elżbieto.

— Piotr próbował przygotować dokument.

— Jaki?

Wyjęła z torby kopertę.

W środku był projekt oświadczenia.

Według niego miałam dobrowolnie zagwarantować część zobowiązań PZ Development do kwoty sześciuset tysięcy złotych.

Podpisu brakowało.

— Nie zgodziłam się tego podpisać za ciebie — powiedziała.

Roześmiałam się bez humoru.

— Czyli gdzieś wyznaczyła pani granicę.

Zbladła.

— Wiem, że nie mam prawa prosić o wybaczenie.

— W tej kwestii ma pani rację.

Anna zapytała:

— Dlaczego przyniosła pani dokument?

Elżbieta spojrzała na mnie.

— Bo Piotr poprosił mnie wczoraj o kolejną rzecz.

— Jaką?

— Żebym powiedziała, że to ty poprosiłaś mnie o załatwienie pełnomocnictwa.

W pokoju zapadła cisza.

— Chciał, żeby pani skłamała?

— Tak.

— Co pani odpowiedziała?

— Że już raz zrobiłam coś niewybaczalnego. Drugiego razu nie zrobię.

Po raz pierwszy pomyślałam, że Piotr naprawdę stracił kontrolę.

Nie nad małżeństwem.

Nad historią, którą próbował zbudować.

*

Zeznania Elżbiety zmieniły układ sił.

Bank miał nagranie.

Ja miałam dokumenty.

Anna miała korespondencję Kamili.

Elżbieta przyznała, kto przygotował pełnomocnictwo.