Skąd wiedział, że sprawdzam finanse?

Otworzyłam ustawienia bankowości.

I wtedy zauważyłam coś jeszcze.

Do naszego profilu przypisany był drugi numer telefonu.

Nie mój.

Pobrałam dokument z historią zmian danych.

Numer dodano pięć miesięcy wcześniej.

Autoryzacja została potwierdzona podpisem „Marta Zawadzka”.

Patrzyłam na cyfrową kopię podpisu.

Miał przypominać mój.

Ale nim nie był.

Najgorsze znajdowało się linijkę niżej.

Tego samego dnia bank otrzymał dokument, na podstawie którego Piotr uzyskał pełnomocnictwo do dysponowania moim prywatnym rachunkiem.

Rachunkiem, na którym trzymałam pieniądze ze sprzedaży domu po rodzicach.

CZĘŚĆ 3

Nie spałam do rana.

O czwartej trzydzieści siedziałam przy kuchennym stole mojej siostry Joanny, otoczona wydrukami, komputerem, ładowarkami i filiżankami niedopitej kawy. Za oknem wrocławskie osiedle było jeszcze ciemne i prawie nieruchome. Pojedyncze światła w blokach wyglądały jak przypadkowo pozostawione punkty na czarnym ekranie.

Joanna nie zadawała pytań przez pierwszą godzinę.

Przyniosła mi koc, postawiła wodę na stole i usiadła naprzeciwko.

Dopiero gdy wydrukowałam dokument z pełnomocnictwem po raz trzeci, powiedziała:

— To na pewno nie twój podpis?

— Na pewno.

Podsunęłam jej kartkę.

Mój podpis był prosty, wyraźny, z charakterystycznie wydłużonym „Z”. Ten na formularzu przypominał go z daleka, ale ktoś przesadził z każdym elementem. Litery wyglądały jak odrysowane.

Joanna znała moje pismo.

— Faktycznie.

— Wiesz, gdzie byłam tego dnia?

Sprawdziłam datę.

Czternasty marca.

Pamiętałam ją dlatego, że dwa dni wcześniej odebrałam klucze do lokalu, w którym miało powstać moje drugie studio. Czternastego pojechałam do Poznania na całodniowe szkolenie dla projektantów wnętrz.

W telefonie miałam zdjęcia, rachunek hotelowy i wiadomości wysyłane Piotrowi z dworca.

— Nie było mnie nawet we Wrocławiu — powiedziałam.

Joanna zacisnęła usta.

— To idź do prawnika, zanim porozmawiasz z Piotrem.

To była jedyna rozsądna rzecz, jaką mogłam zrobić.

O ósmej rano zadzwoniłam do mecenas Anny Leszczyńskiej, która kilka lat wcześniej pomagała mi przy sprawach spadkowych po rodzicach. Zgodziła się przyjąć mnie jeszcze tego samego dnia.

Nie powiedziałam Piotrowi, dokąd jadę.

Jemu odpisałam tylko:

„Nie wracam dziś do mieszkania.”

Odpowiedź pojawiła się niemal natychmiast.

„Musimy porozmawiać normalnie.”

Po minucie następna:

„Kamila już wyszła.”

A potem:

„Nie mieszaj finansów do prywatnych spraw.”

To zdanie sprawiło, że odłożyłam telefon.

Nie „jakich finansów?”.

Nie „o czym mówisz?”.

On wiedział.

*

Kancelaria Anny mieściła się w odrestaurowanej kamienicy niedaleko rynku. Gdy weszłam do jej gabinetu, położyłam przed nią segregator bez żadnego wstępu.

— Mąż zdradza mnie z moją przyjaciółką — powiedziałam. — Ale przestało mnie to najbardziej martwić.

Anna uniosła wzrok.

Przez kolejne czterdzieści minut pokazywałam jej wszystko.

Przelewy do firmy Kamili.

Brakujące oszczędności.

Dodany numer telefonu.

Pełnomocnictwo.

Kopię podpisu.

Dokumenty z mojego prywatnego rachunku.

Anna robiła notatki i prawie się nie odzywała.

Wreszcie zdjęła okulary.

— Czy Piotr kiedykolwiek miał dostęp do twojego prywatnego rachunku po rodzicach?

— Nie.

— Hasło?

— Nie.

— Kod do telefonu?

Zawahałam się.

— Znał go.

To wystarczyło.

Anna oparła dłonie na biurku.

— Marta, zanim zrobimy cokolwiek z rozwodem, musimy zabezpieczyć majątek i ustalić, czy środki nadal są tam, gdzie powinny.

— Na rachunku nadal jest większość.

— Większość to nie wszystko.

Miała rację.

Po śmierci rodziców sprzedałam ich dom pod Opolem. Część pieniędzy zainwestowałam w studio, resztę zostawiłam jako zabezpieczenie. Około miliona dwustu tysięcy złotych.

Pieniądze nie były objęte wspólnością majątkową.

Piotr o tym wiedział.

— Czy może je zabrać?

Anna nie odpowiedziała od razu.

— Legalnie? Nie powinien. Ale jeśli rzeczywiście posłużył się podrobionym pełnomocnictwem, pytanie brzmi nie tylko „czy może”. Pytanie brzmi: co już zrobił.

Zadzwoniłyśmy do banku.

Tym razem jako moja pełnomocniczka Anna przeprowadziła rozmowę z działem bezpieczeństwa.

Po trzydziestu minutach wiedziałyśmy więcej.

Pełnomocnictwo rzeczywiście zostało zarejestrowane.

Nie przez internet.

Dokument dostarczono do jednego z oddziałów osobiście.

Podpis został poświadczony przez pracownika banku.

Co gorsza, dwa tygodnie wcześniej z mojego prywatnego rachunku złożono dyspozycję utworzenia lokaty strukturyzowanej na kwotę czterystu tysięcy złotych.

Dyspozycja miała wejść w życie za trzy dni.

— Proszę ją natychmiast wstrzymać — powiedziałam.

Pracownik działu bezpieczeństwa poprosił mnie o przyjazd do oddziału.

Anna zamknęła notes.

— Jedziemy razem.

*

Bank znajdował się po drugiej stronie miasta.

W drodze dostałam siedem połączeń od Piotra.

Za ósmym razem odebrałam.

— Gdzie jesteś? — zapytał.

Nie brzmiał jak człowiek załamany rozpadem małżeństwa.

Brzmiał jak ktoś, kto próbuje odzyskać kontrolę.

— Po co pytasz?

— Bo to absurdalne. Wyjechałaś w środku nocy, zablokowałaś część operacji i nie chcesz rozmawiać.

— Skąd wiesz, że zmieniłam ustawienia kont?

Cisza trwała sekundę za długo.

— Dostałem powiadomienie.

— Na jaki numer?

— Marta…

— Pytam na jaki numer.

— Nie wiem. Na mój.

— Numer przypisany do naszej bankowości kończy się na 714. Twój kończy się na 229.

Zamilkł.

Po raz pierwszy od poprzedniego wieczoru poczułam coś innego niż ból.

Strach u niego.

— Nie wiem, o czym mówisz.

— To dobrze. Wyjaśnimy to z bankiem.

Natychmiast zmienił ton.

— Nie rób z tego afery. Są rzeczy, których nie rozumiesz.

— Jakie?