— Absurdalny plan może być bardzo kłopotliwy, jeśli wcześniej stworzy się dokumenty mające go potwierdzać.
Przypomniałam sobie sfałszowane pełnomocnictwo.
— Czyli dokumenty.
Anna przytaknęła.
— Dokumenty.
*
Wieczorem poszłam z Joanną do mieszkania.
Nie żeby wrócić.
Chciałam zabrać resztę rzeczy i sprawdzić domowe archiwum.
Piotra nie było.
Zamek nadal działał z moim kluczem.
W środku wszystko wyglądało niemal normalnie.
To było najbardziej przygnębiające.
Na stole stała filiżanka, której używał rano. Na kanapie leżał koc. Na półce stało nasze zdjęcie z wakacji w Portugalii.
Cztery lata wspólnego życia nadal znajdowały się na swoich miejscach, jak scenografia po przedstawieniu.
Joanna otwierała szafki w gabinecie.
— Czego szukamy?
— Nie wiem.
— Bardzo konkretne.
— Czegokolwiek, czego wcześniej nie widziałam.
Po dwudziestu minutach niczego nie znalazłyśmy.
Dopiero kiedy chciałam zamknąć szufladę biurka Piotra, zauważyłam, że nie dosuwa się do końca.
Wyjęłam ją.
Za nią leżała cienka szara teczka.
W środku były kopie dokumentów.
Oferta sprzedaży mieszkania.
Projekt umowy z pośrednikiem.
Wycena.
I kartka z odręcznym dopiskiem:
„Marta — podpis / zgoda”.
Pod spodem:
„wariant B — rozdzielność”.
Joanna zaklęła.
Ja przewróciłam stronę.
Następny dokument dotyczył spółki PZ Development.
Był to projekt umowy pożyczki.
Pożyczkodawca:
Marta Zawadzka.
Kwota:
450 000 zł.
Pożyczkobiorca:
PZ Development.
Podpisu jeszcze nie było.
Ale ktoś zostawił na biurku wydruk kilku moich podpisów.
Z faktur.
Z umów.
Z formularzy bankowych.
Jak wzornik.
Zrobiłam zdjęcia.
Wtedy usłyszałyśmy klucz w drzwiach.
Piotr wszedł.
Zatrzymał się, gdy zobaczył mnie w gabinecie.
— Co ty robisz?
— Pakuję rzeczy.
Jego wzrok powędrował na teczkę.
Zmienił się natychmiast.
— Grzebiesz mi w dokumentach?
— W naszym mieszkaniu.
— To są dokumenty firmy.
Podniosłam projekt umowy.
— Z moim nazwiskiem.
Podszedł bliżej.
— Daj mi to.
— Nie.
— Marta.
Joanna stanęła w drzwiach.
— Nie podchodź.
Piotr spojrzał na nią z irytacją.
— To sprawa między mną a moją żoną.
— Już raczej między tobą a jej prawnikiem.
Jego twarz zrobiła się czerwona.
— Robicie z czegoś normalnego kryminał.
— Sfałszowany podpis jest dla ciebie normalny?
Zamarł.
— Jaki podpis?
— Pełnomocnictwo do mojego rachunku.
— Nie fałszowałem żadnego podpisu.
— Ktoś zrobił to za ciebie?
— Nie wiem, o czym mówisz.
— A sto dwadzieścia pięć tysięcy wysłane do twojej spółki?
— To inwestycja.
— Moja?
— Nasza.
— Nie wyraziłam zgody.
— Rozmawialiśmy o inwestowaniu.
Prawie nie wierzyłam własnym uszom.
— Dwa lata temu powiedziałam, że kiedyś moglibyśmy kupić apartament w górach. To według ciebie zgoda na zabieranie pieniędzy z mojego spadku?
— Nie zabrałem ich. Są w aktywach spółki.
— Bez mojej wiedzy.
— Bo od miesięcy każdą rozmowę o pieniądzach kończyłaś stwierdzeniem, że to twoje.
— Bo były moje.
Wtedy powiedział coś, co zapamiętałam dokładnie.
— W małżeństwie nie powinno być „moje”.
Spojrzałam na niego.
— Chyba że chodzi o Kamilę.
Milczał.
— Ona była twoja, prawda?
Jego pewność po raz pierwszy pękła.
— Nie chciałem, żeby to stało się w ten sposób.
— W jaki? Żebyśmy się spotkały?
— Żebyś dowiedziała się, zanim wszystko uporządkuję.
— Co dokładnie chciałeś uporządkować?
— Nasze sprawy.
— Mój rachunek?
Cisza.
— Mieszkanie?
Cisza.
— Spółkę?
— Nie rozumiesz sytuacji.
— To mi ją wyjaśnij.
Piotr przeszedł do salonu i usiadł.
Wyglądał nagle na zmęczonego.
— Biuro ma problemy.
Tego się nie spodziewałam.
— Jakie?
— Dwóch klientów nie zapłaciło. Jeden projekt został wstrzymany. Mamy zobowiązania.
— Dlatego założyłeś drugą spółkę?
— Chciałem zbudować coś niezależnego.
— Za moje pieniądze.
— Oddałbym wszystko.
— Kiedy?
— Po sprzedaży mieszkań.
— A jeśli nie udałoby się ich sprzedać?
— Udałoby się.
— To nie odpowiedź.
Milczał.
Usiadłam naprzeciwko.
— Czy Kamila wiedziała, że pobrałeś pieniądze z mojego spadku?
Jego wzrok drgnął.
— Rozmawiałaś z nią.
Nie odpowiedziałam.
— Co ci powiedziała?
— Pytam o ciebie.
— Ona próbuje ratować siebie.
— A ty?
Odwrócił wzrok.
— Popełniłem błędy.
— Romans był błędem?
— Tak.
— Spółka?
— Nie.
— Pełnomocnictwo?
— Nie podpisywałem go za ciebie.
— Ale użyłeś.
To była najważniejsza chwila.
Piotr nie zaprzeczył.
— Kto podrobił mój podpis?
— Nie wiem.
— Jak mogłeś nie wiedzieć, skoro wykorzystałeś pełnomocnictwo?
— Myślałem, że podpisałaś dokumenty razem z innymi formularzami.
Zaśmiałam się krótko.
— Kiedy?
— Dawno.
— Dokument jest z marca.
Nie odpowiedział.
— W marcu byłam w Poznaniu.
Tym razem zobaczyłam w jego oczach prawdziwe przerażenie.
Wiedział.
Wiedział, że mam alibi.
Wstał.
— Powinnaś iść.
— Z przyjemnością.
Zabrałyśmy dokumenty, które należały do mnie, i fotografie pozostałych.
Przy drzwiach Piotr powiedział:
— Jeśli uruchomisz policję i sądy, możesz stracić dużo więcej niż ja.
Odwróciłam się.
— To groźba?
— Ostrzeżenie. Jeśli zaczną rozgrzebywać finanse, twoja firma też zostanie prześwietlona.
— Nie mam nic do ukrycia.
— Każdy ma coś.
Tego wieczoru wysłałam Annie nagranie.
*
Dwa dni później bank zabezpieczył monitoring.