— Transakcje. Inwestycje. Pieniądze pracują.
Prawie się roześmiałam.
— Moje pieniądze?
— Nasze życie jest wspólne.
— Spadek po moich rodzicach nie jest wspólny.
— Formalnie może nie.
Te trzy słowa powiedział zbyt spokojnie.
— Co zrobiłeś, Piotr?
— Nic przeciwko tobie.
— To ciekawe sformułowanie.
— Chciałem tylko zabezpieczyć przyszłość.
— Z Kamilą?
Rozłączył się.
Anna, która prowadziła, zerknęła na mnie.
— Zapamiętaj tę rozmowę dokładnie.
— Nagrywałam.
Po raz pierwszy tego dnia się uśmiechnęła.
— Bardzo dobrze.
*
W banku przyjęła nas kierowniczka oddziału, Iwona Maj.
Kiedy zobaczyła kopię pełnomocnictwa, jej wyraz twarzy zmienił się.
— Ten dokument został przyjęty tutaj.
— Przeze mnie? — zapytałam.
— Według systemu tak.
— Proszę spojrzeć na zdjęcie z mojego dowodu.
Podałam jej dokument.
— I sprawdzić monitoring.
Iwona zawahała się.
— Nagrania są archiwizowane, ale nie mogę ich pani po prostu pokazać.
Anna położyła wizytówkę na stole.
— Nie prosimy o wydanie nagrania bez procedury. Prosimy o jego natychmiastowe zabezpieczenie, bo istnieje podejrzenie wykorzystania sfałszowanego dokumentu.
W ciągu godziny formalnie zakwestionowałam pełnomocnictwo, anulowałam wszystkie oczekujące dyspozycje i zablokowałam dostęp Piotra do prywatnego rachunku.
Iwona przejrzała historię.
— Z tego rachunku nie wyszło czterysta tysięcy — powiedziała. — Dyspozycja była oczekująca.
Odetchnęłam.
Za wcześnie.
— Ale były dwie mniejsze operacje.
Przestałam oddychać.
— Jakie?
— Pięćdziesiąt tysięcy i siedemdziesiąt pięć tysięcy.
— Dokąd?
Kliknęła.
Potem spojrzała na Annę.
— Na rachunek spółki.
— Jakiej?
— PZ Development spółka z ograniczoną odpowiedzialnością.
Nie znałam tej nazwy.
Anna zrobiła zdjęcie danych spółki.
Sprawdziłyśmy ją w publicznym rejestrze jeszcze na parkingu.
Wspólnikiem był Piotr Zawadzki.
Drugim udziałowcem — firma Kamili.
Nie było już żadnego sposobu, żeby uznać przelewy za przypadek.
*
PZ Development powstała osiem miesięcy wcześniej.
Trzy miesiące przed, jak twierdzili, rozpoczęciem romansu.
Kapitał początkowy był niewielki, ale potem spółka zaczęła otrzymywać przelewy.
Część ze wspólnego konta.
Część z mojego rachunku.
Część z rachunku działalności Kamili.
Anna otworzyła dokumenty rejestrowe.
— Przedmiot działalności: kupno i sprzedaż nieruchomości, wynajem, projekty inwestycyjne.
Poczułam ciężar w żołądku.
Piotr od lat mówił, że kiedyś chciałby kupować mieszkania do remontu i odsprzedaży. Nigdy nie sądziłam, że zaczął realizować ten plan po cichu.
— Sprawdź adres — powiedziałam.
Siedziba spółki znajdowała się przy ulicy Słonecznej.
Znałam ten adres.
Kamila wynajmowała tam małe biuro.
Przynajmniej tak twierdziła.
— Potrzebujemy pełnych przepływów — powiedziała Anna. — Ale teraz nie dzwoń do niego. Nie uprzedzaj go, co już wiemy.
— A jeśli spróbują coś wyprowadzić?
— Dlatego złożymy wnioski o zabezpieczenie.
Tego samego popołudnia rozpoczęła procedury.
Ja wróciłam do Joanny.
Dopiero wtedy dotarło do mnie, jak absurdalnie mało miejsca w głowie zostało na samą zdradę.
Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej wydawało mi się, że największym ciosem było zobaczenie Kamili w moich drzwiach.
Teraz ich romans stawał się tylko jedną warstwą.
Pod spodem znajdowało się coś znacznie bardziej przemyślanego.
*
Wieczorem Kamila napisała.
„Musimy porozmawiać bez Piotra.”
Nie odpowiedziałam od razu.
Pokazałam wiadomość Annie.
— Możesz się spotkać — powiedziała. — Ale nie sama. I niczego nie podpisuj.
Wybrałam kawiarnię w centrum handlowym. Jasną, pełną ludzi, z kamerami przy wejściu.
Joanna usiadła dwa stoliki dalej.
Kamila przyszła pięć minut przed czasem.
Nie wyglądała jak poprzedniego wieczoru.
Bez makijażu, z włosami związanymi w niedbały kucyk, w długim płaszczu.
Usiadła naprzeciwko.
Przez chwilę żadna z nas się nie odzywała.
— Nie wiem, od czego zacząć — powiedziała.
— Od prawdy.
Spojrzała na mnie.
— Piotr powiedział mi, że wasze małżeństwo od dawna jest skończone.
Poczułam irytację.
— Nie przyszłam słuchać klasycznej historii kochanki.
Skrzywiła się.
— Wiem, jak to brzmi.
— Wiesz doskonale. Sama dwa lata temu mówiłaś mi dokładnie, jak brzmi.
Zabolało ją.
Dobrze.
— Nie usprawiedliwiam się.
— Świetnie. To rozmawiajmy o stu osiemdziesięciu czterech tysiącach złotych.
Zbladła.
— Piotr powiedział ci?
— Nie.
Milczała.
— Czyli wiesz, o czym mówię.
Kamila rozejrzała się.
— Te pieniądze były na inwestycje.
— Z naszego prywatnego konta.
— On mówił, że się zgodziłaś.
— Kłamał.
Nie uwierzyłam w jej zaskoczenie.
— A sto dwadzieścia pięć tysięcy z mojego spadku?
Tym razem naprawdę przestała oddychać na chwilę.
— Z twojego spadku?
— Nie graj.
— Marta, ja nie wiedziałam, że brał pieniądze z twojego prywatnego rachunku.
— Jesteś wspólniczką spółki.
— Mniejszościową.
— Nazwa twojej firmy pojawia się na naszych przelewach.
— Bo Piotr nie chciał, żeby jego wspólnicy z biura wiedzieli o inwestycjach.
— A ja?
Spuściła wzrok.
— O tobie wiedziałam.
Odpowiedź była prawie szeptem.
— Jak długo planowaliście być razem?
— Nie planowaliśmy…
Spojrzałam na nią.
— Przestań.
Jej oczy zaszkliły się.
— Od kilku miesięcy.
— A spółka powstała osiem miesięcy temu.
Zacisnęła palce wokół filiżanki.
Wreszcie powiedziała:
— Spółka nie zaczęła się od romansu.
To zdanie zmieniło wszystko.
— Więc od czego?
— Od Piotra.
— To nie jest odpowiedź.