Tomasz wyjął telefon.

— Powinieneś zobaczyć coś jeszcze.

— Kolejna zdrada?

— Wiadomości.

— Mówiłeś już o nich.

— Nie wszystkie.

Położył telefon na biurku.

Michał czytał.

Karolina pisała do Tomasza w lutym.

„Nie chcę, żeby Wrońscy się dowiedzieli.”

„Jeśli Michał uwierzy, że to jego, nie będzie pytał.”

„Jego małżeństwo i tak się kończy.”

„On od lat gada o synu.”

Później kolejne.

„Barbara już kupuje rzeczy.”

„Oni są śmieszni z tym nazwiskiem.”

„Najważniejsze, żebyś się nie odzywał.”

Michał przestał czytać.

— Dlaczego mi to pokazujesz?

Tomasz był blady.

— Bo jestem tchórzem.

Michał uniósł brwi.

— Przynajmniej pierwszy raz mówisz coś, z czym się zgadzam.

— Powinienem był powiedzieć ci w lutym.

— Tak.

— Bałem się, że stracę kontrakt. Potem dowiedziałem się, że rozwodzisz się z Anną. Uznałem, że…

— Że nie warto psuć ci interesów.

— Tak.

Michał odsunął telefon.

— A teraz?

— Teraz i tak wszystko straciłem.

— Nie wszystko.

Tomasz spojrzał na niego.

— Pracę zachowasz, dopóki wykonujesz ją uczciwie. Reszta nie ma nic wspólnego z firmą.

— Myślałem, że mnie wyrzucisz.

Michał uśmiechnął się gorzko.

— Tydzień temu bym to zrobił. Dzisiaj próbuję przestać być człowiekiem, który podejmuje wszystkie decyzje z powodu własnej dumy.

Tomasz skinął głową.

— Jest coś jeszcze.

Michał poczuł zmęczenie.

— Oczywiście.

— Karolina powiedziała mi kiedyś, że Anna coś podejrzewa.

— Co?

— Że ktoś wysyłał jej anonimowe wiadomości.

Michał wyprostował się.

— Jakie wiadomości?

— Nie wiem dokładnie. Karolina była wściekła. Twierdziła, że ktoś próbuje ją skompromitować.

Michał zadzwonił do Anny.

Tym razem odebrała od razu.

— Tak?

— Dostawałaś anonimowe wiadomości o Karolinie?

Cisza.

— Skąd wiesz?

— Tomasz.

Anna westchnęła.

— Dwie.

— Kiedy?

— Pierwszą w styczniu. Drugą w lutym.

— Co było w pierwszej?

— Żebym zaczęła dokładniej sprawdzać, gdzie jesteś wieczorami.

Michał zacisnął szczękę.

— A druga?

— „Nie każda ciąża należy do mężczyzny, który za nią płaci”.

— Dlaczego mi nie powiedziałaś?

— Powiedziałam.

— Nie.

— Powiedziałam ci, że ktoś przysłał mi wiadomość sugerującą, że Karolina coś ukrywa. Odpowiedziałeś, że jestem zazdrosna i tracę godność.

Michał zamknął oczy.

Pamiętał.

Kuchnia.

Anna stojąca przy wyspie.

Telefon w jej dłoni.

On zakładający marynarkę.

„Naprawdę zamierzasz teraz szukać spisków?”

Dokładnie tak powiedział.

— Przepraszam.

— Michał, nie musisz przepraszać za każdą rzecz osobno.

— A za co powinienem?

— Tego sam musisz się dowiedzieć.

Rozłączyła się.

*

Mijały tygodnie.

Anna wynajęła niewielkie mieszkanie w Gdańsku.

Dostała pracę w biurze projektowym, z którym współpracowała wcześniej jako freelancerka.

Dziewczynki rozpoczęły szkołę.

Życie, które początkowo wydawało się tymczasowe, zaczęło nabierać własnego rytmu.

Michał przyjeżdżał co drugi weekend.

Nie zatrzymywał się u Anny.

Wynajmował pokój w hotelu.

Pierwsza wizyta była trudna.

Lena rzuciła mu się na szyję.

Zuzanna została kilka kroków dalej.

Michał nie próbował jej przytulać.

— Cześć.

— Cześć.

— Mam pomysł. Możemy zrobić cokolwiek chcecie.

Lena natychmiast wybrała oceanarium.

Zuzanna wzruszyła ramionami.

Poszli.

Michał nie odbierał telefonu służbowego.

Nie pisał do nikogo.

Przez cztery godziny był wyłącznie ojcem.

Przy akwarium Lena złapała go za rękę.

Wieczorem Zuzanna usiadła obok niego na ławce.

— Przyjedziesz znowu?

— Jeśli pozwolicie.

— Mama nie zabrania.

— Wiem.

— To dlaczego pytasz?

Michał popatrzył na córkę.

— Bo chcę, żebyście wiedziały, że wasze zdanie też się liczy.

Dziewczynka skinęła głową.

Dopiero po kilku minutach oparła głowę o jego ramię.

Michał patrzył przed siebie, bo bał się, że jeśli się poruszy, chwila zniknie.

*

Barbara radziła sobie ze zmianami znacznie gorzej.

Przez lata uważała, że wie, jak powinna wyglądać jej rodzina.

Miała dwóch potomków.

Joannę, która nie chciała dzieci.

Michała, który miał dwie córki.

Nazwisko Wrońskich, jak mawiała, „nie może przecież zniknąć”.

Karolina i jej ciąża wydawały się odpowiedzią.

Kiedy wszystko się zachwiało, Barbara najpierw szukała winnych.

Karoliny.

Tomasza.

Anny.

Nawet lekarza, który „mógł się przecież pomylić”.

Dopiero Henryk powiedział coś, czego nikt się po nim nie spodziewał.

Siedzieli wieczorem przy stole.

— Barbara, przestań.

— Co?

— Przestań mówić o nazwisku.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— Sam przez całe życie mówiłeś—

— Wiem.

Henryk oparł łokcie na stole.

— I właśnie zobaczyłem, dokąd nas to doprowadziło.

— Nie my okłamaliśmy Michała.

— Ale nauczyliśmy go, że syn znaczy więcej.

Barbara pobladła.

— Nigdy nie powiedziałam, że dziewczynki są gorsze.

— Nie musiałaś.

To zdanie zabolało.

Henryk kontynuował:

— Pamiętasz, co powiedziałaś, kiedy urodziła się Zuzanna?

Barbara odwróciła wzrok.

Pamiętała.

„Może następny będzie chłopcem.”

— A przy Lenie?

— To były żarty.

— Anna też przez lata mówiła, że to żarty.

Barbara nic nie odpowiedziała.

Kilka dni później zadzwoniła do byłej synowej.

Anna nie spodziewała się telefonu.

— Dzień dobry.

— Aniu…

Od dawna nikt z Wrońskich nie mówił do niej tak miękko.

— Chciałam przeprosić.

Anna usiadła.

— Za co dokładnie?

Barbara milczała.

To pytanie zmuszało do konkretów.

— Za to, jak traktowałam dziewczynki. I ciebie.