Teraz patrzyła na kobietę, którą przez ostatnie miesiące traktowała jak przyszłą synową, jakby widziała ją pierwszy raz.

— Czy Michał jest ojcem? — zapytała.

Karolina milczała.

— Karolina! — głos Michała pękł. — Odpowiedz.

— Nie tutaj.

Michał wyjął telefon.

Na ekranie zobaczył nieodebrane połączenie od Anny sprzed trzech dni. Dopiero teraz przypomniał sobie, że zostawiła mu wtedy wiadomość głosową, której nawet nie odsłuchał.

Otworzył ją.

Głos Anny był spokojny:

— Michał, nie dzwonię w sprawie rozwodu. Znalazłam coś w starych dokumentach Karoliny, które przez przypadek zostały przesłane na nasze wspólne konto. Powinieneś to zobaczyć, zanim podejmiesz decyzje dotyczące dziewczynek.

Do wiadomości był dołączony zrzut ekranu.

Na nim widniała data pierwszego badania Karoliny.

Michał spojrzał na ekran.

Potem na kobietę siedzącą przed nim.

I zrozumiał, że Anna wiedziała.

Ale to nie data była najgorsza.

Pod dokumentem znajdowało się nazwisko osoby wskazanej jako kontakt w nagłym wypadku.

Nie należało do Michała.

Należało do jego najlepszego przyjaciela.

CZĘŚĆ 3

Nazwisko „Tomasz Kaczmarek” przez kilka sekund nie miało dla Michała żadnego znaczenia.

Widział litery, rozpoznawał je, rozumiał każde słowo osobno, a jednak jego umysł odmawiał połączenia ich w logiczną całość.

Tomasz.

Człowiek, z którym znał się od czasów studiów.

Świadek na jego ślubie.

Ojciec chrzestny Zuzanny.

Osoba, która siedziała przy jego stole podczas świąt, piła z Henrykiem whisky podczas rodzinnych spotkań i jeszcze pół roku wcześniej klepała Michała po ramieniu, mówiąc, że „czasem małżeństwa po prostu się kończą”.

Michał wpatrywał się w telefon.

— Co to jest?

Karolina nie odpowiedziała.

Barbara zrobiła krok naprzód.

— Co tam masz?

Michał obrócił ekran.

Joanna pierwsza przeczytała nazwisko.

— Tomek?

Wypowiedziała je prawie szeptem.

Henryk spojrzał na syna, później na Karolinę.

— Ten Tomek?

Karolina zakryła twarz dłonią.

I właśnie ten gest przesądził wszystko.

Nie zaprzeczenie.

Nie oburzenie.

Nie pytanie, skąd mają taki dokument.

Tylko twarz schowana w dłoniach człowieka, który wie, że nie ma już dokąd uciec.

Michał poczuł, jak serce wali mu w piersi.

Jeszcze godzinę wcześniej siedział w sali mediacyjnej przekonany, że zamyka niewygodny rozdział swojego życia. Miał apartament, samochód, stanowisko w rodzinnej firmie, nową partnerkę i długo oczekiwanego syna.

Anna miała dwie córki i walizki.

Tak właśnie przedstawiał to sobie przez ostatnie tygodnie.

Jak transakcję, w której każda strona zabiera swoją część.

Dopiero teraz dotarło do niego, że ludzie nie są majątkiem do podziału.

I że właśnie być może oddał jedyną rodzinę, która naprawdę była jego.

— Powiedz mi, że to przypadek — powiedział do Karoliny.

Lekarz odsunął się dyskretnie.

— Mogę dać państwu kilka minut.

— Nie — odezwała się Barbara. — Ja też chcę to usłyszeć.

— Mamo…

— Przez trzy miesiące woziłam ją na badania. Kupowałam ubranka. Urządzałam pokój dla tego dziecka w naszym domu. Chcę wiedzieć.

Karolina opuściła dłonie.

Jej twarz była czerwona.

— Tomasz był… znajomym.

Michał roześmiał się krótko, niemal bezgłośnie.

— Znajomym.

— Zanim byliśmy razem.

— Zanim?

Uniósł telefon.

— Pierwsze badanie odbyło się w lutym. Wtedy powiedziałaś mi, że jedziesz do Łodzi na szkolenie.

Karolina spojrzała w bok.

— Byłam przerażona.

— Czym?

— Wszystkim.

— Czyje to dziecko?

— Michał…

— Czyje?

Lekarz odezwał się ostrożnie:

— Ustalenie ojcostwa wymaga badania. Na podstawie samego wieku ciąży nie można—

— Wiem — przerwał Michał. — Pytam ją.

Karolina zaczęła płakać.

Jeszcze poprzedniego dnia jej łzy uruchomiłyby w nim natychmiast potrzebę pocieszania.

Teraz niczego takiego nie poczuł.

Stał i patrzył.

— Nie jestem pewna.

Henryk wypuścił powietrze, jakby dostał cios w brzuch.

Joanna odwróciła twarz.

Barbara usiadła na krześle.

Michał poczuł natomiast coś dziwnego.

Nie złość.

Jeszcze nie.

Najpierw pojawił się obraz Zuzanny stojącej w progu salonu dwa tygodnie wcześniej.

Dziewczynka miała dwanaście lat i próbowała nie płakać.

— Tato, będziesz mieszkał z tą panią?

— Tak.

— A my będziemy mogły przyjeżdżać?

Pamiętał własną odpowiedź.

„Zobaczymy, jak wszystko się ułoży”.

Jak wszystko się ułoży.

Jakby córki były komplikacją, którą należało dopasować do nowego życia.

Poczuł nagle mdłości.

Wyszedł na korytarz.

Joanna ruszyła za nim.

— Michał.

— Nie.

— Posłuchaj.

— Nie chcę.

Przeszedł kilka metrów i oparł dłonie o parapet.

Na parkingu ludzie wchodzili i wychodzili z przychodni. Ktoś pakował wózek dziecięcy do bagażnika. Starszy mężczyzna pomagał żonie założyć płaszcz. Kobieta trzymała małego chłopca za rękę.

Zwykły dzień.

Jego świat rozpadał się w zwykły wtorek.

Telefon nadal miał w dłoni.

Otworzył rozmowę z Anną.

Przewinął kilkanaście wiadomości.

Większość dotyczyła córek.

„Zuzia ma występ w czwartek o 17.”

„Lena dostała gorączki.”

„Możesz odebrać dziewczynki w sobotę?”

„Pamiętaj o urodzinach Zuzanny.”

Jego odpowiedzi były krótkie.

„Nie mogę.”

„Mam spotkanie.”

„Później.”

„OK.”

Nagle zobaczył siebie oczami kogoś obcego.

I nie spodobało mu się to, co zobaczył.

Zadzwonił.

Anna odebrała dopiero po piątym sygnale.

W tle było słychać komunikaty lotniskowe.

— Słucham.

— Gdzie jesteś?

Po drugiej stronie nastąpiła cisza.

— To już nie jest pytanie, na które muszę odpowiadać.

— Jesteś na lotnisku?

— Tak.