— Wygląda na to.
Kolejna wiadomość:
„Podpis jest wystarczająco podobny. Bank nie będzie robił problemu, jeśli dokument przejdzie pakietowo.”
Zrobiło mi się niedobrze.
— To on podrobił podpis?
— Nie wiemy.
— Ale wiedział.
— Najprawdopodobniej.
Przewinęliśmy dalej.
Potem zobaczyłam wiadomość od ojca.
„Marta nie zgodzi się, jeśli zapytamy. Później jej wyjaśnię. Najpierw trzeba uratować firmę.”
Przeczytałam ją głośno.
Każde słowo usuwało ostatnie resztki wątpliwości.
Nie było żadnego nieporozumienia.
Ojciec wiedział, że odmówię.
Dlatego mnie nie zapytał.
Tomasz zamknął laptop.
— Teraz mamy coś więcej niż przypuszczenia.
*
Tego wieczoru ojciec zadzwonił.
Odebrałam.
— Chcę się spotkać.
— Z prawnikiem.
— Bez prawnika.
— Nie.
— Marta, jestem twoim ojcem.
— To już mówiłeś.
— Mam dokumenty, których nie widziałaś.
— Jakie?
— Dotyczące twojej matki.
— Wyślij kopie.
— Nie.
— W takim razie nie mamy o czym rozmawiać.
— Jeśli tego nie wyjaśnimy, Paweł pójdzie na dno.
— Paweł przynajmniej zaczął mówić prawdę.
Cisza.
— Był u ciebie.
— Tak.
— Dał ci pliki.
Nie zapytał.
Stwierdził.
— Skąd wiesz?
— Bo zabrał rzeczy, których nie powinien ruszać.
— To jego firma.
Ojciec roześmiał się zimno.
— Naprawdę w to wierzysz?
— Co to znaczy?
— Zapytaj go, czy wie, kto jest właścicielem hali.
Rozłączył się.
*
Zapytałam.
Paweł długo milczał.
Potem powiedział:
— Tata.
Hala, w której działała firma, należała do spółki kontrolowanej przez ojca.
Maszyny były częściowo leasingowane.
Dwa samochody należały do ojca.
Biuro wynajmowano od spółki jego dawnego znajomego.
Firma Pawła była otoczona aktywami, które nigdy naprawdę nie były jego.
Jeśli ojciec chciał, mógł odciąć syna w ciągu tygodnia.
— Teraz rozumiesz? — powiedział Paweł. — Nie mogłem mu powiedzieć „nie”.
— Mogłeś.
— Łatwo ci mówić.
— Nie. Nie było łatwo. Po prostu moje „nie” kosztowało mnie jego aprobatę, a twoje kosztowałoby cię firmę.
Zamilkł.
— Masz rację.
Pierwszy raz w życiu powiedział mi to bez sarkazmu.
*
Kolejne dni przyniosły lawinę.
Bank zawiesił procedury związane z zakwestionowanym poręczeniem.
Dariusz Kaczmarek został wezwany do złożenia wyjaśnień w ramach wewnętrznego dochodzenia.
Mój prawnik złożył formalne zawiadomienie dotyczące podejrzenia podrobienia podpisu i wykorzystania danych.
Ojciec przestał się ze mną kontaktować.
Paweł zaczął współpracować z własnym prawnikiem i księgową.
Karolina po dwóch dniach milczenia zadzwoniła.
— Mogę z tobą porozmawiać?
Spotkałyśmy się w kawiarni.
Przyszła bez makijażu, w zwykłym swetrze.
Nie przypominała kobiety, która przy rodzinnym obiedzie mówiła o większym domu.
— Wiedziałaś o kredycie? — zapytałam.
— O kredycie tak. O twoim poręczeniu nie.
— Paweł twierdzi to samo w sprawie mieszkania.
— Wierzę mu.
— Ja już nikomu nie wierzę automatycznie.
Skinęła głową.
— Rozumiem.
Przez chwilę bawiła się obrączką.
— Chcę cię przeprosić za tamtą kolację.
Nie odpowiedziałam.
— To, co powiedziałam o domu… zabrzmiało obrzydliwie.
— Bo było obrzydliwe.
Spuściła wzrok.
— Tak.
Czekałam.
— Myślałam, że Henryk rzeczywiście z tobą rozmawiał. Paweł powiedział, że zgodziłaś się pomóc nam przez rok.
Zamarłam.
— Przez rok?
— Tak.
— Nikt mi o tym nie powiedział.
— Wiem.
— A ty uznałaś, że połowa mojej pensji to normalna forma pomocy?
Zaczerwieniła się.
— Nie myślałam wtedy normalnie.
— Co to znaczy?
— Bank naciskał. Firma zalegała z wypłatami. Paweł nie spał. Henryk obiecywał, że jeśli przetrwamy sześć miesięcy, wszystko się odwróci.
— I większy dom?
Zakryła twarz dłonią.
— Głupota. Próbowałam udawać, że wszystko jest w porządku. Kiedy Henryk powiedział przy kolacji, że będziemy mieli dodatkowe pieniądze, chciałam wierzyć, że to nie ratunek, tylko nowy etap.
Po raz pierwszy zobaczyłam w niej nie wspólniczkę Pawła, lecz kolejną osobę, która wolała wierzyć w wygodną wersję wydarzeń.
Nie zwalniało jej to z odpowiedzialności.
Ale rozumienie i wybaczenie nigdy nie były tym samym.
— Co zamierzacie zrobić?
— Sprzedać dom.
Byłam zaskoczona.
— Paweł się zgodził?
— To ja nalegałam.
— A firma?
— Nie wiem, czy przetrwa.
Patrzyła przez okno.
— Może nie powinna.
*
Tydzień później zadzwoniła Anna.
— Dariusz skontaktował się ze mną.
— Dlaczego?
— Chce spotkać się z tobą.
— Po co?
— Powiedział, że ma dowody, których nie przekazał bankowi.
— Niech rozmawia z moim prawnikiem.
— Powiedział, że zrobi to, ale najpierw chce, żebyś wiedziała jedną rzecz.
— Jaką?
Anna zawahała się.
— Twierdzi, że Henryk nie podrobił drugiego podpisu.
Poczułam lodowaty ucisk w brzuchu.
— Kto więc?
— Tego nie powiedział.
*
Spotkaliśmy się w kancelarii Tomasza.
Dariusz Kaczmarek miał sześćdziesiąt kilka lat. Był elegancko ubrany, ale wyglądał na człowieka, który od dawna źle śpi.
Przyszedł z własnym pełnomocnikiem.
Po formalnościach wyjął pendrive.
— Nie liczę na wybaczenie — powiedział. — Chcę tylko sprostować pewne rzeczy.
Nie odezwałam się.
— Pierwszy podpis został przygotowany na polecenie pani ojca.
— Przez pana?
— Nie bezpośrednio.
— Kogo?
— Pracownika zewnętrznego, którego już nie zatrudniam.
Tomasz wszedł mu w słowo.
— Nazwisko zostanie przekazane odpowiednim organom.
Dariusz skinął głową.
— Tak.