Przez godzinę nie znalazłam niczego.
Potem zobaczyłam niewielkie pudełko opisane jej charakterem pisma:
„Marta — dokumenty”.
Usiadłam na podłodze.
W środku były świadectwa szkolne, moja pierwsza umowa o pracę, kopia dyplomu, stare zdjęcie ze studiów.
Pod nimi znalazłam kopertę.
Na kopercie widniało:
„Jeśli kiedyś będziesz musiała zrozumieć ojca.”
Serce zaczęło mi walić.
Otworzyłam.
W środku był list.
Krótki.
„Martusiu,
jeżeli czytasz ten list, prawdopodobnie stało się coś, czego przez lata się obawiałam. Twój ojciec zawsze uważał, że ochrona rodziny usprawiedliwia rzeczy, których nie powinno się usprawiedliwiać. Proszę, nie pozwól, żeby poczucie obowiązku odebrało ci prawo do własnego życia.
Paweł nie wie wszystkiego.
Ty także nie.
Najważniejsze dokumenty są u pani Anny Borkowskiej. Jeśli będzie trzeba, ona zrozumie.
Mama.”
Przeczytałam list jeszcze raz.
Anna Borkowska.
Nazwisko znałam.
Była przyjaciółką mamy z młodości. Po pogrzebie widziałam ją może dwa razy.
Wyjęłam telefon.
Znalazłam numer zapisany przed laty.
Zadzwoniłam.
Odebrała po trzecim sygnale.
— Halo?
— Pani Anno? Tu Marta Zielińska.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Marta?
— Znalazłam list mamy.
Kolejna cisza.
Dłuższa.
— Gdzie jesteś?
— W domu ojca.
Usłyszałam gwałtowny wdech.
— Wyjdź stamtąd.
— Dlaczego?
— Bo jeśli Henryk zostawił ten list, to znaczy, że go nie znalazł. I lepiej, żeby się nie dowiedział, że ty znalazłaś.
Zabrałam kopertę i pudełko.
Gdy wychodziłam z piwnicy, usłyszałam klucz przekręcający się w zamku wejściowym.
Ojciec wrócił.
Zamarłam na schodach.
— Kto tam jest? — zawołał.
Nie odpowiedziałam.
Po chwili pojawił się w korytarzu.
Spojrzał na pudełko w moich rękach.
Potem na kopertę.
Cała jego twarz się zmieniła.
— Odłóż to.
— Co mama dała Annie Borkowskiej?
Zrobił krok w moją stronę.
— Marta.
— Co jej dała?
— Nie masz pojęcia, w co się mieszasz.
— To powiedz.
— Odłóż kopertę.
— Nie.
Stał kilka metrów ode mnie.
Po raz pierwszy odkąd pamiętałam, nie widziałam w nim autorytetu.
Widziałam przestraszonego starszego człowieka, któremu wymykała się historia, nad którą przez lata panował.
— Mama wiedziała o twoich problemach z pieniędzmi? — zapytałam.
— Nie było żadnych problemów.
— O Dariuszu Kaczmarku?
Drgnął.
— Skąd znasz to nazwisko?
To wystarczyło.
— Z banku.
Usiadł ciężko na krześle.
— Boże.
— Kim on jest?
— Nikim.
— Więc dlaczego wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha?
— Wyjdź.
— Nie, dopóki—
— WYJDŹ!
Jego krzyk odbił się od ścian.
Przez całe dzieciństwo taki ton kończył każdą rozmowę.
Tym razem nie ruszyłam się.
— Nie boję się już ciebie.
Spojrzał na mnie.
I chyba dopiero wtedy naprawdę zrozumiał, że to prawda.
Wyszłam.
*
Anna Borkowska mieszkała w Łodzi.
Pojechałam do niej następnego dnia po pracy.
Spotkałyśmy się w jej mieszkaniu na trzecim piętrze starej kamienicy.
Pamiętałam ją jako energiczną kobietę z krótkimi włosami. Teraz miała ponad sześćdziesiąt lat, siwe pasma i spokojne oczy.
Postawiła przede mną herbatę.
— Elżbieta kazała mi obiecać, że niczego ci nie powiem, dopóki sama nie uznasz, że musisz wiedzieć.
— Dlaczego?
— Bo chciała cię chronić.
— Przed kim?
Anna spojrzała na mnie ze smutkiem.
— Przed twoim ojcem. Ale także przed Pawłem.
Nie spodziewałam się drugiego imienia.
— Co zrobił Paweł?
— Wtedy? Niewiele. Był młody. Łatwo nim było kierować.
— A teraz?
— Tego nie wiem.
Wyjęła z komody grubą kopertę.
— Twoja matka zostawiła to u mnie rok przed śmiercią.
W środku znajdowały się kopie umów.
Pierwsza dotyczyła dawnej firmy ojca.
Ziel-Bud.
Pamiętałam ją z dzieciństwa. Ojciec prowadził przedsiębiorstwo przez prawie dwadzieścia lat, potem sprzedał udziały i przeszedł na wcześniejszą emeryturę.
Przynajmniej tak mówił.
Drugi dokument był ugodą.
Nazwisko Dariusza Kaczmarka pojawiało się kilka razy.
— Co to jest?
— Twój ojciec i Dariusz byli wspólnikami.
— Paweł mówił, że Dariusz z nim pracował.
— Był czymś więcej.
Czytałam.
Z tekstu wynikało, że po konflikcie dotyczącym pieniędzy Dariusz zrzekł się roszczeń wobec spółki w zamian za wypłatę.
Kwota była ogromna.
— Skąd ojciec wziął pieniądze?
Anna popatrzyła na mnie.
— Właśnie to odkryła Elżbieta.
Wyjęła kolejną kartkę.
Był to stary wyciąg bankowy.
Rachunek należał do mojej matki.
Kilka przelewów.
Łącznie prawie dwieście tysięcy złotych.
— To były jej oszczędności?
— Częściowo. Reszta pochodziła ze spadku po jej rodzicach.
— Dała mu?
— Nie.
Podniosłam głowę.
— Henryk wykorzystał pełnomocnictwo.
Poczułam zimno w dłoniach.
Ten sam schemat.
Nie zaczął się ode mnie.
— Mama wiedziała?
— Dowiedziała się później.
— Dlaczego nie odeszła?
Anna westchnęła.
— Bo wtedy Paweł właśnie założył firmę. Ty zaczynałaś karierę. Elżbieta bała się, że publiczna wojna z Henrykiem zniszczy rodzinę.
— Więc milczała.
— Tak.
Nie mogłam powstrzymać gorzkiego uśmiechu.
Całe życie prosiła mnie, żebym nie dolewała oliwy do ognia.
Teraz rozumiałam dlaczego.
Przez lata sama siedziała pośrodku pożaru.
— Co to ma wspólnego z Pawłem?
Anna przesunęła ku mnie ostatnią kopertę.
— To zostawiła oddzielnie.
W środku znalazłam notatkę mamy.