Pierwszy raz zobaczyłam w nich coś więcej niż złość.
Strach.
— Miałem dwa duże kontrakty — powiedział. — Jeden deweloper nie zapłacił na czas. Potem ceny materiałów poszły w górę. Potrzebowałem płynności.
— Dlaczego nie powiedziałeś mi prawdy?
Zaśmiał się gorzko.
— Bo za każdym razem, kiedy z tobą rozmawiam o pieniądzach, patrzysz na mnie, jakbym był idiotą.
— Fałszowanie mojego podpisu nie poprawia twojej sytuacji.
— Ja nie fałszowałem twojego podpisu.
Ojciec natychmiast spojrzał na niego.
To spojrzenie trwało może sekundę.
Wystarczyło.
Tomasz również je zauważył.
— Kto w takim razie go podpisał? — zapytałam.
Paweł otworzył usta.
— Powiedziałem, że nie ja.
— Nie zapytałam, kto nie podpisał.
Ojciec pochylił się do przodu.
— Koniec tej farsy.
Tomasz odłożył dokument.
— Panie Henryku, moja klientka ma prawo pytać.
— Ja też mam prawa.
— Oczywiście.
— W takim razie nie życzę sobie insynuacji.
— Nikt niczego nie insynuuje. Ustalamy fakty.
Ojciec wstał.
— Marta, wychodzimy.
Spojrzałam na niego prawie z niedowierzaniem.
— Ty możesz wyjść.
Przez sekundę wyglądał, jakby nie zrozumiał.
Potem jego twarz stwardniała.
— Nie mów do mnie tym tonem.
— Jakim?
— Jak do obcego.
To zdanie zabolało mnie bardziej, niż powinno.
Właśnie na tym polegała jego przewaga przez wszystkie lata. Umiał zmienić każde moje „nie” w dowód niewdzięczności.
Gdy sprzeciwiałam się Pawłowi, byłam zazdrosna.
Gdy sprzeciwiałam się ojcu, byłam niewdzięczna.
Gdy nie chciałam płacić, byłam egoistką.
Gdy pomagałam, było to oczywiste.
Wstałam.
— Kiedy użyłeś mojego pełnomocnictwa do pobrania czterdziestu dwóch tysięcy, byłeś moim ojcem czy obcym?
Drgnął.
Paweł spojrzał na niego.
— Jakie czterdzieści dwa tysiące?
Nagle cały pokój ucichł.
Ojciec powoli odwrócił się do syna.
— To nie ma związku ze sprawą.
— Jakie pieniądze? — powtórzył Paweł.
Tym razem w jego głosie nie było pewności siebie.
Patrzyłam na niego i zrozumiałam, że naprawdę nie wiedział.
To nie uniewinniało go z niczego, ale zmieniało układ.
— Sześć tygodni temu zauważyłam wypłatę z rachunku inwestycyjnego — powiedziałam. — Tata miał do niego dostęp na podstawie starego pełnomocnictwa.
Paweł zmarszczył brwi.
— Po co?
— To pytanie do niego.
Ojciec chwycił marynarkę.
— Nie będę uczestniczył w tym cyrku.
Agnieszka odezwała się spokojnie:
— Panie Henryku, zanim pan wyjdzie, chciałabym wyjaśnić, że może pan zostać poproszony o złożenie wyjaśnień dotyczących sposobu przedstawienia dokumentów.
— Czy jestem zatrzymany?
— Oczywiście, że nie.
— Więc wychodzę.
Paweł poderwał się.
— Tato.
Ojciec spojrzał na niego.
— Jedziesz?
Paweł nie ruszył się.
W twarzy ojca pojawiło się coś, czego wcześniej nigdy nie widziałam.
Nie złość.
Zdrada.
Jakby to nie moje dane zostały wykorzystane.
Jakby zdradził go właśnie syn, ponieważ nie wykonał polecenia.
— Rób, co chcesz — powiedział.
Wyszedł.
Drzwi zamknęły się miękko.
Paweł opadł na krzesło.
Po chwili powiedział:
— On mówił, że wszystko jest legalne.
Tomasz przestał przeglądać dokumenty.
— Co dokładnie?
Paweł potarł twarz.
— Kredyt. Zabezpieczenie. Wszystko.
— Wiedziałeś, że Marta ma być poręczycielem?
— Wiedziałem, że potrzebujemy dodatkowego zabezpieczenia.
— I wiedziałeś, że będzie nim jej dochód oraz mieszkanie?
— O mieszkaniu nie.
Spojrzałam na niego.
— A o pierwszym poręczeniu?
Długo milczał.
— Tak.
Słowo przecięło mnie jak szkło.
Mimo wszystkich podejrzeń jakaś część mnie liczyła, że powie „nie”.
Nie powiedział.
— Wiedziałeś — powtórzyłam.
— Tata twierdził, że się zgodziłaś.
— I nie przyszło ci do głowy zapytać mnie osobiście?
— Nie chciałaś ze mną rozmawiać o firmie.
— To dlatego uznałeś, że mogę poręczyć trzysta dziesięć tysięcy bez jednego telefonu?
— Nie wyglądało to tak.
— Jak wyglądało?
Paweł wstał i podszedł do okna.
— Tata powiedział, że rozmawiał z tobą. Że zgodzisz się, jeśli kredyt zostanie wykorzystany wyłącznie na działalność. Powiedział, że nie chcesz się w to mieszać i dlatego on zajmie się formalnościami.
— I uwierzyłeś.
Odwrócił się.
— Zawsze wszystko załatwiał.
To zdanie zostało ze mną.
Zawsze wszystko załatwiał.
Naszą szkołę.
Studia.
Pierwszy samochód Pawła.
Pożyczkę na jego ślub.
Kapitał na firmę.
Moje pełnomocnictwo.
Każdą rodzinną decyzję.
Henryk Zieliński budował swoją władzę nie tylko poprzez pieniądze. Budował ją przez przekonanie, że bez niego niczego nie potrafimy doprowadzić do końca.
Tomasz zamknął teczkę.
— Paweł, powinieneś znaleźć własnego prawnika.
— Dlaczego?
— Ponieważ twoje interesy nie są tożsame z interesami Marty ani pana Henryka.
Paweł pobladł.
— Myślicie, że tata to podpisał?
— My niczego nie „myślimy” — odpowiedział Tomasz. — Chcemy ustalić, kto złożył podpis i kto przedstawił dokumenty bankowi.
Agnieszka spojrzała na ekran komputera.
— Jest jedna informacja, którą mogę podać. Pierwszy wniosek był składany przy udziale pośrednika finansowego.
— Kogo? — zapytałam.
— Dariusza Kaczmarka.
Paweł gwałtownie się odwrócił.
— Niemożliwe.
— Znasz go? — spytałam.
— Pracował z tatą.
— Kiedy?
— Dawno. Jeszcze zanim tata sprzedał firmę.
Nazwisko nic mi nie mówiło.
Pawłowi najwyraźniej mówiło bardzo dużo.
— Co się stało?
Potrząsnął głową.
— Nic.
— Pawle.
— Powiedziałem: nic.