Po chwili pojawiła się druga wiadomość.

„Jeśli pociągniesz to dalej, Paweł straci firmę. A wtedy dowiesz się, kto naprawdę za to wszystko odpowiada.”

CZĘŚĆ 3

Przeczytałam ostatnie zdanie pięć razy.

„Dowiesz się, kto naprawdę za to wszystko odpowiada.”

Ojciec nie pisał w ten sposób bez powodu. Przez całe życie posługiwał się sugestiami jak narzędziem. Rzadko mówił wprost, kiedy mógł sprawić, że druga osoba sama zacznie się bać.

W dzieciństwie wystarczało jego: „Porozmawiamy później”.

Kiedy miałam dwadzieścia lat, wystarczało: „Pamiętaj, kto płacił za twoje studia”.

Kiedy miałam trzydzieści trzy lata i własne mieszkanie, własną karierę oraz własne pieniądze, nadal próbował używać tego samego mechanizmu.

Tyle że tym razem nie byłam już dziewczyną siedzącą przy kuchennym stole i czekającą na wyrok.

Napisałam do Tomasza Wrony, że jadę do banku.

Odpisał natychmiast.

„Nie rozmawiaj z nimi bez świadka. Będę za dwadzieścia minut.”

Nie czekałam.

Gdy weszłam do oddziału przy ulicy Puławskiej, ojciec stał przy szklanej ścianie gabinetu kierowniczki. Jego marynarka była rozpięta, a twarz miała kolor, którego u niego nie widziałam od lat.

Paweł chodził w kółko.

Agnieszka Król siedziała za biurkiem.

Na stole leżały dokumenty.

Ojciec zobaczył mnie pierwszy.

— Wreszcie.

Nie odpowiedziałam.

— Marto, wyjaśnij tej pani, że to rodzinne ustalenie.

Spojrzałam na Agnieszkę.

— Chcę zobaczyć wszystkie dokumenty, które zostały złożone w moim imieniu.

Paweł zatrzymał się.

— Nie rób z tego przedstawienia.

Odwróciłam się w jego stronę.

— Kto podpisał umowę?

— Jaką umowę?

— Tę, przez którą odpowiadam za ponad trzysta tysięcy twojego długu.

Poruszył ustami, ale nic nie powiedział.

Ojciec wszedł między nas.

— To nie jest miejsce na rodzinne kłótnie.

— Masz rację — odpowiedziałam. — To jest bank. Dlatego pytam o dokumenty.

Agnieszka wskazała krzesło.

— Proszę usiąść.

Usiedliśmy.

Położyła przede mną kopię pierwszej umowy.

Nazwisko: Marta Zielińska.

Numer dowodu: mój.

Adres: mój.

Numer telefonu: stary numer, którego nie używałam od prawie trzech lat.

Podpis wyglądał dobrze.

Za dobrze.

Ktoś nie nabazgrał mojego nazwiska przypadkowo. Ktoś ćwiczył.

Przesunęła drugi dokument.

Aneks.

Tu również był mój podpis.

Zobaczyłam adres mieszkania na Żoliborzu.

Moje mieszkanie.

Miejsce, na które pracowałam prawie dekadę.

— Kiedy to zostało podpisane? — zapytałam.

— Pierwsza umowa czternaście miesięcy temu. Aneks dziesięć miesięcy temu.

Spojrzałam na Pawła.

— Wiedziałeś?

Przestał chodzić.

— Wiedziałem o kredycie.

— O poręczeniu?

Milczał.

— Pawle.

— Tata powiedział, że się zgodzisz.

— To nie jest odpowiedź.

Ojciec uderzył dłonią w podłokietnik.

— Nie przesłuchuj go.

Powoli odwróciłam głowę.

— Nie muszę. Bank to zrobi.

Ojciec pobladł.

Agnieszka Król splotła dłonie.

— Muszę wyjaśnić jedną rzecz. Bank rozpoczął wewnętrzne postępowanie wyjaśniające. Nie przesądzamy odpowiedzialności żadnej osoby. Jednak pani zgłoszenie oznacza, że autentyczność dokumentów została formalnie zakwestionowana.

— A moje mieszkanie?

— Do czasu wyjaśnienia sytuacji nie będziemy podejmować działań wobec pani zabezpieczenia wynikających z zakwestionowanych dokumentów.

Po raz pierwszy tego ranka poczułam, że mogę nabrać pełnego oddechu.

Tylko na moment.

Agnieszka sięgnęła po kolejną kartkę.

— Problem polega na tym, że firma pana Pawła ma znaczne zaległości.

Brat spuścił wzrok.

— Jak znaczne?

— Nie mogę omawiać wszystkich danych bez odpowiedniej podstawy, ale skoro jest pani wskazana jako poręczycielka, mogę powiedzieć, że zobowiązanie jest zagrożone.

— Jak bardzo?

Paweł nagle wstał.

— Daj spokój.

— Usiądź — powiedział ojciec.

To był stary ton.

Paweł automatycznie wykonał polecenie.

Zauważyłam coś, czego wcześniej nie chciałam widzieć.

Paweł nie był partnerem ojca.

Był jego przedłużeniem.

Przez lata uważałam brata za rozpieszczonego, nieodpowiedzialnego człowieka, którego ojciec bez końca ratował.

Teraz zaczynałam rozumieć, że to mogło działać również w drugą stronę.

Ojciec potrzebował Pawła równie mocno, jak Paweł potrzebował ojca.

Jednemu potrzebne były pieniądze.

Drugiemu — ktoś, kogo można kontrolować.

Drzwi otworzyły się i wszedł Tomasz.

Był po czterdziestce, szczupły, spokojny, z teczką pod pachą. Nie wyglądał jak człowiek, który zamierza rozpętać burzę. Właśnie dlatego był dobry.

— Dzień dobry — powiedział.

Ojciec spojrzał na niego z niesmakiem.

— Po co prawnik?

Tomasz usiadł obok mnie.

— Ponieważ moja klientka znalazła zobowiązania na kilkaset tysięcy złotych zabezpieczone dokumentami, których nie podpisała.

Ojciec prychnął.

— „Klientka”. To moja córka.

— W tej sprawie jest również moją klientką.

Cisza zrobiła się gęsta.

Tomasz przejrzał dokumenty.

— Chcę kopie wszystkiego, łącznie z formularzami identyfikacyjnymi, notatkami pracowników, materiałami z weryfikacji i informacją, w jaki sposób potwierdzano tożsamość osoby podpisującej.

Agnieszka skinęła głową.

— Część materiałów możemy przekazać, część wymaga formalnego trybu.

Ojciec skrzyżował ręce.

— Marta wiedziała.

Tomasz nie podniósł głowy.

— To będzie łatwe do wykazania, jeśli rzeczywiście wiedziała.

Ojciec zacisnął szczękę.

— Nie rozumie pan naszej rodziny.

— I nie muszę.

Spojrzałam na Pawła.

Siedział zgarbiony, z łokciami opartymi o kolana.

Nie przypominał człowieka, który dwa dni wcześniej śmiał się, słysząc, że dostanie połowę mojej pensji.

— Dlaczego potrzebowałeś tych pieniędzy? — zapytałam.

— Firma miała trudny okres.

— Trzysta dziesięć tysięcy?

— Były opóźnienia.

— Jakie?

— Marta, odpuść.

— Nie.

Podniósł oczy.