Osiemnaście milionów zostało zablokowane dwanaście minut przed planowaną realizacją.
O dziewiątej bank zamroził rachunki powiązane z podejrzanymi transakcjami.
O dziewiątej czterdzieści policja weszła do biura MW Strategic Consulting.
Nikogo tam nie było.
Biuro okazało się jednym pomieszczeniem wynajmowanym na godziny.
Ale znaleziono komputer.
I niszczarkę pełną dokumentów.
O jedenastej zadzwoniła Natalia.
Płakała.
— Marcin tu był.
Wstałam tak gwałtownie, że krzesło uderzyło o ścianę.
— Gdzie?
— U mojej siostry.
— Jest tam teraz?
— Nie. Odjechał.
— Co chciał?
— Dokumenty.
— Dałaś mu?
— Powiedziałam, że je wyrzuciłam.
— Uwierzył?
— Nie wiem.
Jej głos drżał.
— Alicja… on powiedział coś dziwnego.
— Co?
— Że jeśli wszystko się zawali, to będzie przez ciebie. Powiedział, że twój ojciec też kiedyś myślał, że jest nietykalny.
Zamarłam.
— Co dokładnie powiedział?
Powtórzyła.
Słowo w słowo.
„Jej ojciec też myślał, że jest nietykalny.”
Ojciec zmarł sześć lat wcześniej.
Zawał.
Miał sześćdziesiąt jeden lat.
Jego śmierć była nagła, ale lekarze nie widzieli nic podejrzanego.
Przez lata nie widziałam powodu, żeby zadawać inne pytania.
Teraz po raz pierwszy poczułam coś, czego nie chciałam czuć.
Podejrzenie.
Zadzwoniłam do Tomasza.
— Musimy sprawdzić wszystko, co Marcin robił sześć lat temu.
— Dlaczego?
Powtórzyłam słowa Natalii.
Tomasz długo milczał.
— Alicjo, nie wyciągajmy wniosków.
— Nie wyciągam. Sprawdzam.
I sprawdziliśmy.
Marcin poznał mojego ojca dziewięć miesięcy przed jego śmiercią.
Wtedy byliśmy jeszcze narzeczeństwem.
Ojciec go nie lubił.
Nigdy nie powiedział tego wprost, ale widziałam dystans.
Dwa tygodnie przed śmiercią wezwał mnie do swojego gabinetu.
Pamiętałam rozmowę.
— Alicja, kochasz go?
— Tak.
— W takim razie podpisz intercyzę.
Obraziłam się.
Uznałam, że ojciec ocenia Marcina przez pryzmat pieniędzy.
Dzisiaj dałabym wszystko, żeby móc wrócić do tamtej rozmowy.
Intercyzę podpisałam.
Marcin zgodził się bez protestu.
Prawdopodobnie dlatego, że już wtedy planował inną drogę.
Po południu Tomasz znalazł coś w archiwach ojca.
Notatkę ze spotkania.
„M.W. pyta o sukcesję, pełnomocnictwa i możliwość przejęcia kontroli po mojej śmierci. Rozmowa niepokojąca. Sprawdzić.”
M.W.
Marcin Wysocki.
Poczułam mdłości.
— Kto miał sprawdzić? — zapytałam.
— Prawdopodobnie Biernacki.
Paweł Biernacki.
Notariusz, który jedenaście dni wcześniej miał wypadek.
W tym momencie telefon Tomasza zawibrował.
Wiadomość od policjanta.
Paweł Biernacki odzyskał przytomność.
Pojechaliśmy do szpitala.
Był słaby, miał posiniaczoną twarz i zabandażowaną rękę.
Kiedy zobaczył mnie w drzwiach, jego oczy wypełniły się strachem.
— Alicja…
Usiadłam obok.
— Panie Pawle, muszę wiedzieć, co się stało.
Spojrzał na policjanta.
Potem na Tomasza.
— Marcin przyszedł do mnie trzy tygodnie temu.
— Po co?
— Chciał, żebym potwierdził dokumenty.
— Fałszywe?
Skinął głową.
— Odmówiłem.
— A pieczęć?
— Ukradziono ją.
— Kto?
— Nie wiem. Dwa dni później ktoś włamał się do kancelarii. Zniknęła pieczęć, papier firmowy i stary token do podpisu elektronicznego.
— Dlaczego pan tego nie zgłosił?
Zamknął oczy.
— Zgłosiłem włamanie. Ale nie powiedziałem wszystkiego.
— Dlaczego?
— Bo Marcin pokazał mi zdjęcia.
— Jakie?
— Mojego wnuka. Szkoła. Trening. Droga do domu.
Poczułam zimno.
— Groził panu?
— Powiedział tylko: „Ludzie, którzy przeszkadzają, czasem mają wypadki”.
Policjant pochylił się.
— Pański wypadek również nie był przypadkowy?
Biernacki zacisnął powieki.
— Ktoś zepchnął mnie z drogi.
W pokoju zrobiło się cicho.
— Panie Pawle — powiedziałam. — Mój ojciec prosił pana kiedyś o sprawdzenie Marcina?
Otworzył oczy.
Przez chwilę patrzył na mnie tak, jakby zastanawiał się, czy powinien odpowiedzieć.
— Tak.
Serce mi stanęło.
— Co pan znalazł?
— Niewiele. Ale wystarczająco, żeby pański ojciec zmienił testament.
— Testament?
Nie wiedziałam o żadnej zmianie.
— Jakiej?
— Utworzył zabezpieczenie. Gdyby cokolwiek stało się pani albo gdyby utraciła pani kontrolę nad Arveną w wyniku oszustwa, część aktywów miała zostać automatycznie przeniesiona do fundacji.
Tomasz wyprostował się.
— Jakiej fundacji?
— Fundacji rodzinnej przygotowanej jeszcze wtedy w strukturze zagranicznej. Dokumenty zostały zdeponowane poza moją kancelarią.
— Gdzie?
Biernacki zawahał się.
— U człowieka, któremu pański ojciec ufał bardziej niż mnie.
— Kogo?
Spojrzał mi prosto w oczy.
— Damiana Wysockiego.
Nie mogłam uwierzyć.
— Brata Marcina?
— Damian nie był wtedy wspólnikiem Marcina.
— Więc kim był?
Biernacki przełknął ślinę.
— Informatorem pańskiego ojca.
Świat po raz kolejny przesunął mi się pod nogami.
Damian, którego Marcin przedstawiał jako rodzinnego wyrzutka, pracował dla mojego ojca.
— Dlaczego teraz pomaga Marcinowi?
— Nie wiem — wyszeptał Biernacki. — Ale jeśli naprawdę to robi, musi istnieć powód.
Powód znaleźliśmy następnego dnia.
Damian sam zadzwonił.
— Chcę się spotkać.
— Gdzie?
— Publicznie.
— Policja będzie wiedziała.
— Wiem.
Spotkaliśmy się w restauracji hotelowej w centrum Warszawy.
Przyszedł bez kurtki, jakby chciał pokazać, że niczego nie ukrywa.
Tomasz siedział dwa stoliki dalej.
Policjanci byli w lobby.
Damian położył przede mną pendrive.
— To jest powód.
— Czego?
— Wszystkiego.
— Zacznij mówić.
Westchnął.
— Twój ojciec zatrudnił mnie sześć lat temu, żebym sprawdził Marcina.
— Dlaczego ciebie?
— Bo wiedział, że Marcin mi ufał. Wtedy jeszcze utrzymywaliśmy kontakt.