— Marcin ma drugi telefon.
Spojrzałam na nią.
— Gdzie?
— Zawsze nosi go przy sobie. Mały, czarny. Kiedy pytałam, mówił, że to telefon firmowy.
— Numer?
Podała mi.
Zapisałam.
— Coś jeszcze?
Wahała się.
— Kilka razy spotykał się z kimś, kogo nazywał „profesorem”.
— Nazwisko?
— Nie wiem.
— Gdzie?
— W hotelu niedaleko lotniska.
— Jak często?
— W ostatnich dwóch miesiącach może pięć albo sześć razy.
Profesor.
Fałszywe dokumenty.
Nieprzytomny notariusz.
Osiemnaście milionów.
To przestało wyglądać jak desperacka próba niewiernego męża, który chciał wyciągnąć pieniądze przed rozwodem.
To było przygotowane.
Długo.
Starannie.
Wstałam.
— Zbieraj rzeczy.
Natalia spojrzała na mnie zdziwiona.
— Dlaczego?
— Jeśli Marcin zorientuje się, że dałaś mi dokumenty, nie powinnaś dziś tutaj nocować.
— Myślisz, że zrobiłby mi krzywdę?
Nie odpowiedziałam.
Nie wiedziałam.
A właśnie to było najgorsze.
Wieczorem spotkałam się z Tomaszem w kancelarii.
Natalia pojechała do swojej siostry pod Piasecznem.
Na stole leżały wydruki z rejestrów, kopie umów i zestawienia transakcji.
Tomasz wyglądał na człowieka, który od kilku godzin odkrywa kolejne warstwy problemu i każda jest gorsza od poprzedniej.
— Mów.
— Osiemnaście milionów nie zostało jeszcze wypłacone.
Po raz pierwszy tego dnia poczułam ulgę.
— Świetnie.
— Nie do końca.
Przesunął w moją stronę kartkę.
— Zlecenie przelewu zostało wprowadzone wczoraj. Realizacja jutro o ósmej trzydzieści.
— Cofamy.
— Już uruchomiliśmy procedurę.
— Więc co jest problemem?
Tomasz wskazał kolejną pozycję.
— To.
Kwota: 4 800 000 złotych.
— Co to?
— Pierwsza pożyczka. Wypłacona dwa miesiące temu.
Potem druga.
2 200 000.
Trzecia.
1 750 000.
Łącznie prawie dziewięć milionów.
— Jak tego nie zauważyliśmy?
— Transakcje były rozbite między spółki zależne. Ktoś używał twoich uprawnień.
— Hasła zmieniam regularnie.
— Nie chodzi tylko o hasła.
Spojrzał na mnie poważnie.
— Ktoś miał dostęp do twojego telefonu albo laptopa.
Przypomniałam sobie wieczory, gdy zostawiałam laptop na biurku.
Poranki, gdy Marcin przynosił mi kawę.
Podróże.
Hotele.
Wspólny dom.
Przez osiem lat nie potrzebował włamywać się do mojego życia.
Mieszkał w nim.
— Jest jeszcze coś — powiedział Tomasz.
— Oczywiście.
— Pieniądze trafiały dalej.
— Dokąd?
— Do kilku spółek. Jedna kupiła nieruchomość w Hiszpanii. Druga kryptowaluty. Trzecia wysłała środki do Luksemburga.
— Damian?
— Jest słupem albo wspólnikiem. Nie wiem.
Usiadłam.
— A Marcin?
— Formalnie nigdzie go nie ma.
To było do niego podobne.
Chciał być twarzą sukcesu, ale nie podpisem pod przestępstwem.
Telefon Tomasza zadzwonił.
Odebrał.
Słuchał przez kilkanaście sekund.
Potem spojrzał na mnie.
— Policja była w mieszkaniu Marcina.
— I?
— Nie ma go.
— Gdzie pojechał?
— Nie wiadomo.
— Telefon?
— Wyłączony.
Zacisnęłam szczękę.
— Bentley stoi przy galerii.
— Odebrał inne auto.
— Jakie?
— Wynajęte trzy dni temu.
Oczywiście.
Planował to.
Tomasz zakończył rozmowę.
— Powinnaś dziś nie wracać sama do domu.
— Myślisz, że tam pojedzie?
— Myślę, że człowiek, który traci dziewięć milionów, osiemnaście kolejnych i dostęp do majątku, może stać się nieprzewidywalny.
Zadzwoniłam do ochrony budynku.
Poleciłam dezaktywować wszystkie karty dostępu Marcina.
Potem do firmy ochroniarskiej.
Zmiana kodów.
Dodatkowy patrol.
Kiedy wreszcie wróciłam do apartamentu na Powiślu, było po dwudziestej trzeciej.
Mieszkanie wydawało się obce.
Przez lata sądziłam, że cisza po rozstaniu będzie najtrudniejsza.
Myliłam się.
Najtrudniejsze było odkrywanie, że wspomnienia również mogą być dowodami.
Marcin siedzący przy moim biurku.
Marcin pytający mimochodem o strukturę udziałów.
Marcin nalegający, żebym dodała go jako użytkownika karty „dla wygody”.
Marcin proponujący, że zawiezie mój laptop do serwisu.
Wtedy widziałam męża.
Teraz widziałam człowieka zbierającego informacje.
W sypialni otworzyłam szufladę po jego stronie.
Pusta.
Zabrał wszystko.
Prawie.
W samym rogu leżał paragon.
Hotel Airport Crown.
Dwie kawy.
Data sprzed czterech dni.
Na odwrocie ktoś napisał długopisem:
„P.B. — 14:30, sala 604”.
P.B.
Paweł Biernacki?
Zrobiłam zdjęcie.
Tomasz odpisał natychmiast:
„Nie jedź tam sama.”
Oczywiście pojechałam z ochroniarzem.
Hotel znajdował się kilka minut od lotniska Chopina.
Recepcjonistka początkowo nie chciała udzielić żadnych informacji.
Dopiero gdy Tomasz przyjechał z policjantem prowadzącym wstępne czynności, udało się zabezpieczyć zapis monitoringu.
Na nagraniu zobaczyłam Marcina.
Wszedł do hotelu o 14:11.
O 14:18 pojawił się Damian.
Rozpoznałam go od razu.
Starszy, cięższy, z krótszymi włosami.
Bracia, którzy rzekomo nie rozmawiali od siedmiu lat, przywitali się uściskiem dłoni.
O 14:27 pojawił się trzeci mężczyzna.
Nie Paweł Biernacki.
Miał około pięćdziesięciu lat, okulary, skórzaną teczkę.
Recepcjonistka rozpoznała go.
— Profesor Rutkowski.
Policjant spojrzał na nią.
— Profesor czego?
— Nie wiem. Tak się przedstawiał.
Nazwisko szybko sprawdzono.
Doktor habilitowany Robert Rutkowski.
Były wykładowca prawa gospodarczego.
Pięć lat wcześniej zwolniony z uczelni.
Dwa lata później skazany za udział w fałszowaniu dokumentacji spółek.
Poczułam, jak wszystkie elementy układanki wskakują na swoje miejsce.
Marcin nie improwizował.
Miał fachowca.
— Możemy zobaczyć, kto rezerwował pokój? — zapytał policjant.
Recepcjonistka sprawdziła.
— Firma MW Strategic Consulting.
Damian.
Kolejny trop.
Następnego ranka o ósmej osiemnaście siedziałam w siedzibie Arveny.