Ciężarną kochanką, której obiecano miliony.

Albo wspólniczką.

Jeszcze nie wiedziałam.

— Chcę zobaczyć dokumenty — powiedziałam.

— Nie mam ich.

— Gdzie są?

Spojrzała na Marcina.

On ruszył do drzwi.

— Marcin! — krzyknęła.

Nie zatrzymał się.

Ochroniarze nie mieli podstaw, żeby go zatrzymać. Sprawa samochodu nie oznaczała jeszcze kradzieży, ponieważ formalnie wcześniej miał zgodę na korzystanie z niego. Informacja o dokumentach również nie była jeszcze policyjnym nakazem.

Drzwi otworzyły się.

Marcin wyszedł.

Natalia została.

I chyba właśnie wtedy po raz pierwszy zrozumiała, że mężczyzna, który jeszcze pięć minut temu obiecywał jej diament za sześć milionów, porzucił ją w salonie bez samochodu, bez działającej karty i bez jednego słowa.

— Gdzie są dokumenty? — zapytałam ponownie.

Usiadła.

— W mieszkaniu.

— Którym?

— Na Mokotowie. Marcin wynajął je dla mnie.

Oczywiście.

— Jedziemy.

Podniosła głowę.

— Z tobą?

— Możesz pojechać ze mną albo poczekać, aż dokumentami zainteresuje się prokuratura. Wybór należy do ciebie.

Dwadzieścia minut później siedziałyśmy w moim samochodzie.

Natalia milczała.

Ja również.

Warszawa przesuwała się za szybą, ale prawie jej nie widziałam.

Myślałam o ojcu.

Arvena nie była zwykłą inwestycją.

Ojciec zaczynał w 1998 roku od małego biura pod Łodzią i czterech pracowników. Kiedy zachorował, firma zatrudniała ponad dwieście osób. Po jego śmierci banki i konkurenci przewidywali, że trzydziestoletnia córka szybko ją sprzeda.

Nie sprzedałam.

Przez dwa lata spałam po cztery godziny.

Zamknęłam nierentowny dział.

Przebudowałam zarząd.

Weszliśmy na rynki czeski i niemiecki.

Ojciec zostawił mi fundament.

Ale to ja zbudowałam na nim kolejne piętra.

Marcin doskonale wiedział, co ta firma dla mnie znaczy.

Dlatego próba odebrania mi jej była czymś więcej niż oszustwem.

Była próbą wymazania mojego życia.

— Dlaczego rozwiedliście się? — zapytała nagle Natalia.

Odwróciłam głowę.

— Naprawdę chcesz o to pytać?

— Powiedział, że od lat żyliście osobno.

— Sypialiśmy w jednym łóżku jeszcze w lutym.

Jej twarz stężała.

— Powiedział, że to była formalność.

— Wasz romans zaczął się w listopadzie.

Natalia spojrzała przez okno.

— W październiku.

Ta odpowiedź zabolała bardziej, niż chciałam przyznać.

Nie dlatego, że wciąż kochałam Marcina.

Dlatego, że po raz kolejny odkrywałam, jak długo żyłam w kłamstwie.

— Wiedziałaś, że jest żonaty.

— Tak.

Nie próbowała się usprawiedliwiać.

Doceniłam przynajmniej tyle.

— Więc nie oczekuj ode mnie współczucia.

— Nie oczekuję.

Po chwili dodała:

— Ale dziecko jest jego.

— To nie ma związku ze mną.

— Wiem.

Dotarłyśmy do nowego apartamentowca na Mokotowie.

Mieszkanie Natalii było urządzone dokładnie w stylu Marcina: szkło, jasny kamień, drogie meble, zero osobowości.

Na stole stało pudełko od luksusowego zegarka.

Na komodzie kluczyki do porsche.

Spojrzałam na Natalię.

— Też jego?

— Mówił, że moje.

— Sprawdź dowód zakupu.

Zbladła.

Poszła do sypialni.

Wróciła z granatową teczką.

Położyła ją przede mną.

Otworzyłam.

Pierwsza strona była kopią uchwały.

Druga pełnomocnictwem.

Na trzeciej znajdował się mój podpis.

A przynajmniej coś, co miało nim być.

Ktoś wykonał dobrą robotę.

Bardzo dobrą.

Gdybym zobaczyła dokument w pośpiechu, mogłabym przez sekundę uwierzyć, że podpisałam go sama.

— To dostałaś od Marcina?

— Tak.

— Kto był przy podpisywaniu?

— Nie wiem.

Przerzuciłam stronę.

Pieczęć notarialna.

Nazwisko: notariusz Paweł Biernacki.

Znałam je.

— Niemożliwe.

— Co?

Paweł Biernacki był notariuszem mojego ojca.

Po jego śmierci obsługiwał kilka moich prywatnych spraw.

Człowiek po sześćdziesiątce. Skrupulatny. Ostrożny.

Nie wierzyłam, że świadomie uczestniczyłby w czymś takim.

Zadzwoniłam do Tomasza.

— Mam kopie.

— Gdzie jesteś?

— U Natalii.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Alicjo, mówiłem, żebyś…

— Sprawdź Pawła Biernackiego.

— Już próbowałem.

— I?

— Jego kancelaria jest zamknięta od jedenastu dni.

— Urlop?

— Nie. Biernacki trafił do szpitala.

Ścisnęłam teczkę.

— Co się stało?

— Wypadek samochodowy.

Spojrzałam na pieczęć.

Data dokumentu wypadała dwa dni po jego wypadku.

— Tomasz, dokument został poświadczony, kiedy on już leżał w szpitalu.

— Wiem.

Natalia usiadła ciężko na kanapie.

— Boże…

Przeglądałam kolejne strony.

I wtedy znalazłam coś jeszcze.

Umowę pożyczki.

Pożyczkodawca: Arvena Capital.

Pożyczkobiorca: MW Strategic Consulting.

Kwota: 18 400 000 złotych.

MW.

Marcin Wysocki.

— Natalia, wiedziałaś o tym?

— Nie.

— Osiemnaście milionów.

— Przysięgam.

Tym razem jej przerażenie wyglądało prawdziwie.

Zrobiłam zdjęcia każdej strony.

Tomasz poprosił, żebym natychmiast przesłała mu kopie.

Minutę później oddzwonił.

— Ta spółka została zarejestrowana sześć miesięcy temu.

— Kto jest właścicielem?

— Formalnie?

— Tak.

Usłyszałam stukanie klawiatury.

— Sto procent udziałów ma niejaki Damian Wysocki.

Zamknęłam oczy.

Damian.

Starszy brat Marcina.

Człowiek, którego widziałam może pięć razy przez osiem lat małżeństwa.

Bracia podobno nie utrzymywali kontaktu.

Marcin twierdził, że Damian jest hazardzistą i że po śmierci ich matki pokłócili się o spadek.

— Znajdź go.

— Już szukamy.

— I zamroź wszystko, co można zamrozić.

— Potrzebujemy podstaw.

— Właśnie trzymam je w rękach.

Rozłączyłam się.

Natalia wpatrywała się w podłogę.

— On mówił, że Damian mieszka w Irlandii.

— Mnie też.

— Alicja…

— Co?