Natalia stała może cztery metry ode mnie. Jedną dłonią obejmowała brzuch, drugą ściskała pasek torebki. Jeszcze chwilę wcześniej patrzyła na Marcina jak kobieta, która właśnie odkryła, że jej przyszłość została zbudowana na cudzych kartach kredytowych.

Teraz nie byłam już pewna, czy to przerażenie było prawdziwe.

— Powtórz — powiedziałam do telefonu.

— Pakiet kontrolny został przepisany na Natalię Król — odpowiedział Tomasz. — Dokumenty wyglądają profesjonalnie. Jest twój podpis, podpis notariusza i uchwała wspólników. Problem w tym, że przynajmniej część tych dokumentów musi być fałszywa.

Patrzyłam na Natalię.

Ona patrzyła na mnie.

— Kiedy?

— Pierwszy dokument złożono trzy tygodnie temu. Kolejne dziewięć dni później.

Trzy tygodnie.

Wtedy byłam w Krakowie, gdzie negocjowałam przejęcie niewielkiej spółki technologicznej.

Marcin doskonale o tym wiedział.

Sam nalegał, żebym została tam dzień dłużej.

Powiedział, że skoro nasze małżeństwo i tak się kończy, powinniśmy „przynajmniej zachować profesjonalne relacje”.

Nagle wszystko zaczęło wyglądać inaczej.

— Gdzie jesteś? — zapytałam.

— W kancelarii. Zabezpieczam dokumenty. Zawiadomienie jest przygotowywane.

— Niczego jeszcze nie składaj.

— Alicja…

— Daj mi godzinę.

Rozłączyłam się.

Marcin natychmiast ruszył w moją stronę.

— Co ci powiedział?

— Że jesteś głupszy, niż sądziłam.

Zatrzymał się.

To był stary Marcin. Znałam ten sposób, w jaki napinała mu się szczęka, gdy tracił kontrolę nad rozmową. Przez lata inni odbierali to jako pewność siebie.

Ja też kiedyś tak uważałam.

Dopiero później zrozumiałam, że jego największą siłą była umiejętność sprawiania, by cudza własność wyglądała jak jego osiągnięcie.

Gdy się poznaliśmy, nie miał prawie nic.

Nie przeszkadzało mi to.

Miałam trzydzieści dwa lata i od dwóch lat prowadziłam Arvenę po śmierci ojca. Byłam zmęczona ludźmi, którzy przy stole patrzyli najpierw na moje nazwisko, potem na wartość firmy, a dopiero na końcu na mnie.

Marcin wydawał się inny.

Pracował w sprzedaży. Miał małe mieszkanie na kredyt, używaną alfę romeo i więcej ambicji niż pieniędzy.

Na naszej trzeciej randce powiedział:

— Nigdy nie chciałbym żyć za pieniądze żony.

Wtedy uznałam to za zaletę.

Po ślubie przez pierwsze dwa lata rzeczywiście pracował. Później zaczął pomagać przy kilku projektach Arveny. Następnie przedstawił się komuś jako „partner zarządzający”.

Nie poprawiłam go.

Potem jako „współwłaściciel”.

Znów milczałam.

W końcu zaczął przedstawiać siebie jako człowieka, który „zbudował grupę od podstaw”.

A ja nadal nic nie mówiłam.

Nie dlatego, że byłam słaba.

Dlatego, że go kochałam.

Dziś wiedziałam, że pomiędzy miłością a pobłażaniem istnieje granica. Ja przekroczyłam ją tak dawno, że przestałam ją widzieć.

— Alicja — powiedział ciszej Marcin. — Porozmawiajmy prywatnie.

— Nie.

— To sprawy rodzinne.

Spojrzałam na Natalię.

— Rodzina trochę ci się powiększyła.

Natalia spuściła wzrok.

Marcin zrobił kolejny krok.

Ochroniarz stanął pomiędzy nami.

— Proszę zachować dystans.

Marcin roześmiał się nerwowo.

— To absurd. Moja była żona robi przedstawienie, bo nie potrafi zaakceptować rozwodu.

Kilka miesięcy wcześniej te słowa zabolałyby mnie.

Teraz prawie mnie rozbawiły.

To przecież Marcin wniósł pozew.

To on chciał rozwodu możliwie szybko.

To jego prawnik naciskał na rozdzielenie majątku bez dodatkowych sporów.

A ja, ku jego zdziwieniu, zgodziłam się na wszystko.

Nie walczyłam o samochody.

Nie walczyłam o zegarki.

Nie walczyłam nawet o większość przedmiotów znajdujących się w domu, w którym mieszkaliśmy.

Marcin pomylił mój spokój z kapitulacją.

Nie wiedział, że od momentu, gdy odkryłam jego romans, przestałam walczyć o małżeństwo i zaczęłam zabezpieczać swoje życie.

Spojrzałam na dyrektora galerii.

— Czy mogę prosić, żeby samochód pozostał na miejscu? Odbierze go mój kierowca.

— Oczywiście.

Marcin prychnął.

— Twój kierowca? Przestań grać królową.

Wyciągnęłam telefon.

— Masz rację. Możesz pojechać taksówką.

Jego twarz poczerwieniała.

Natalia nagle odezwała się cicho:

— Alicja, ja naprawdę nie wiem, o czym rozmawiałaś przez telefon.

Spojrzałam na nią.

— Nie?

— Nie.

— Nie wiesz, czym jest Arvena Capital?

Jej źrenice lekko się rozszerzyły.

Tylko na moment.

Ale zauważyłam.

Marcin również.

— Zamknij się, Natalia — rzucił.

I właśnie te trzy słowa powiedziały mi więcej niż wszystkie wcześniejsze zapewnienia.

Podeszłam bliżej.

— Więc jednak wiesz.

— Wiem, że Marcin prowadzi firmę.

— Marcin nie prowadzi Arveny.

— Alicja…

— Nie pytam ciebie.

Natalia zacisnęła usta.

— Powiedział, że po rozwodzie część firmy będzie należała do niego.

— Nie może należeć do niego coś, czego nigdy nie posiadał.

— Powiedział, że mieliście umowę.

— Jaką?

Milczała.

Marcin złapał płaszcz przewieszony przez oparcie fotela.

— Koniec. Wychodzimy.

Natalia nie ruszyła się.

— Jaką umowę? — powtórzyłam.

Jej twarz była coraz bledsza.

— Powiedział, że przepisałaś część udziałów przed rozwodem, żeby uniknąć podatków.

Poczułam, jak gniew, który do tej pory był zimny i uporządkowany, zaczyna palić.

— I uwierzyłaś?

— Pokazał mi dokumenty.

— Jakie dokumenty?

— Z twoim podpisem.

Marcin zaklął.

Natalia drgnęła.

— Powiedział, że mam być tylko tymczasowym właścicielem — ciągnęła. — Że po rozwodzie udziały wrócą do niego.

To już miało sens.

Przynajmniej częściowo.

Gdyby przepisał udziały bezpośrednio na siebie, natychmiast wzbudziłby podejrzenia. Natalia mogła być figurantką.