Nie oznaczało to jednak, że działali na równych zasadach. Z korespondencji wynikało, że Helena kontrolowała spółkę pośredniczącą i organizowała część płatności, podczas gdy Adrian umożliwiał im przepływ przez Medivitę. Oboje korzystali z pieniędzy, ale zakres ich odpowiedzialności wymagał dalszego ustalenia.

Zaczęłam rozumieć, dlaczego Adrian tak bardzo bał się matki. Nie dlatego, że była po prostu dominującą kobietą, której zdanie miało większe znaczenie niż jego własne. Wiedział, że posiada dowody na jego udział w nieprawidłowościach i może wykorzystać je przeciwko niemu, jeśli przestanie wykonywać jej polecenia.

Być może dlatego przez lata starał się kontrolować mnie. Jeśli nie potrafił samodzielnie przeciwstawić się Helenie, próbował przynajmniej zachować przewagę nad osobą, którą uważał za bezpieczniejszy cel.

Nie usprawiedliwiało to jego postępowania. Pomagało jednak wyjaśnić, dlaczego człowiek, który na zewnątrz wyglądał na pewnego siebie prezesa, w rzeczywistości tak bardzo bał się utraty kontroli.

Najważniejsze odkrycie przyszło jednak dopiero wtedy, gdy zespół informatyczny odtworzył historię używania starego profilu administratora. Okazało się, że część operacji przeprowadzono z komputera znajdującego się w dawnym gabinecie prezesa, a część z urządzenia, które regularnie łączyło się z siecią zewnętrzną. Ślady wskazywały na wykorzystanie uprawnień, których nie powinien mieć żaden użytkownik poza administratorem systemu.

Profil aktywowano przy użyciu danych odzyskanych z archiwalnego sejfu.

Wśród dokumentów Heleny znaleźliśmy kopię formularza serwisowego z numerem urządzenia, które od lat nie powinno być używane. Formularz podpisano jej nazwiskiem, a data pokrywała się z jedną z wizyt w siedzibie firmy.

To nie wystarczało, by udowodnić, że sama wykonywała operacje w systemie. Pokazywało jednak, że miała dostęp do narzędzia umożliwiającego obejście zwykłej kontroli.

Kiedy zadzwoniłam do Pawła, by potwierdzić szczegóły, przyznał, że pamięta tę procedurę.

— Kiedyś służyła do odzyskiwania danych po awarii — wyjaśnił. — Twój ojciec nie chciał, żeby firma utraciła dokumentację, jeśli główny system przestanie działać. Nie przypuszczał, że ktoś wykorzysta te uprawnienia do zatwierdzania operacji.

— Kto miał dostęp do sejfu?

— Formalnie tylko kilka osób. Twój ojciec, ja, administrator IT i osoba odpowiedzialna za sprawy administracyjne. Po jego śmierci lista nie została prawidłowo zaktualizowana. Nie potrafię powiedzieć, kto mógł uzyskać klucz.

Wiedziałam już, że Helena weszła do archiwum z wykorzystaniem starej karty. Nie wiedziałam jednak, czy miała ją od lat, czy zdobyła dopiero niedawno. Mogła również korzystać z pomocy kogoś wewnątrz firmy.

Dalsze ustalenia należało pozostawić specjalistom i organom prowadzącym postępowanie. Nie zamierzałam zastępować dowodów własnymi domysłami tylko dlatego, że moje podejrzenia wydawały się coraz bardziej uzasadnione.

Kilka dni później otrzymałam wezwanie na spotkanie z przedstawicielem prokuratury prowadzącym postępowanie dotyczące podejrzenia wyprowadzania środków z przedsiębiorstwa. Nie byłam jeszcze oskarżoną, ale jako osoba, której podpisy pojawiały się na części dokumentów, musiałam wyjaśnić, jakie uprawnienia posiadałam i w jaki sposób zatwierdzano transakcje.

Przygotowywałam się do rozmowy razem z Anną. Przejrzałyśmy wszystkie dokumenty, które mogły pomóc ustalić chronologię zdarzeń. Zebraliśmy potwierdzenia moich podróży, kalendarz spotkań i korespondencję, w której sprzeciwiałam się sprzedaży nieruchomości. Niektóre z tych materiałów wydawały się drobiazgami, dopóki nie zestawiliśmy ich z datami transakcji.

Jednego dnia podpisywałam umowę z nowym dostawcą w Poznaniu, podczas gdy w systemie rejestrowano zatwierdzenie płatności w Warszawie. Innym razem uczestniczyłam w wielogodzinnym posiedzeniu rady nadzorczej, a moje konto miało rzekomo autoryzować operację wymagającą dodatkowego potwierdzenia.

Były to ważne okoliczności, ale nadal nie przesądzały o odpowiedzialności konkretnej osoby. Dopiero połączenie ich z logami urządzeń, historią dostępu i korespondencją pozwalało odtworzyć, co naprawdę się wydarzyło.

Podczas spotkania odpowiadałam na pytania spokojnie, choć każde z nich przypominało mi, że moje nazwisko znalazło się w dokumentach, których treści wcześniej nie znałam. Nie próbowałam przedstawiać siebie jako osoby całkowicie pozbawionej odpowiedzialności. Przyznałam, że zbyt długo ufałam Adrianowi i że niektóre procedury kontrolne były niewystarczające.

Nie zgodziłam się jednak z sugestią, że miałam świadomie uczestniczyć w wyprowadzaniu pieniędzy.

— Gdybym wiedziała o tych przelewach, nie zlecałabym audytu, który może zniszczyć moją reputację i zaszkodzić firmie — wyjaśniłam. — Zależało mi na rozwoju przedsiębiorstwa, ale nigdy nie kosztem bezpieczeństwa klientów ani uczciwości finansowej.

Po spotkaniu czułam się wyczerpana. Nie było w tym ulgi, której się spodziewałam. Wiedziałam tylko, że zrobiłam to, co należało zrobić, i że dalsze działania będą zależeć od dowodów.

Wkrótce potem przyszło pierwsze publiczne uderzenie.

Jeden z portali gospodarczych opublikował artykuł sugerujący, że Medivita znajduje się w kryzysie finansowym, a jej największa udziałowczyni może odpowiadać za nieprawidłowe transakcje. Tekst zawierał fragmenty dokumentów, które nie powinny opuścić archiwum. Niektóre informacje były prawdziwe, inne wyrwano z kontekstu.

Nie musiałam długo zgadywać, komu zależało na takim przekazie.

W ciągu kilku godzin zadzwonili przedstawiciele banku, kontrahenci i dziennikarze. Akcje i udziały spółki nie były notowane na giełdzie, ale jej reputacja miała bezpośredni wpływ na warunki finansowania i możliwość zawierania nowych umów. Każde podejrzenie o oszustwo mogło zaszkodzić przedsiębiorstwu, zanim ktokolwiek zdołał ustalić prawdę.

Anna przygotowała odpowiedź. Nie ujawniliśmy poufnych dokumentów ani nie oskarżaliśmy publicznie konkretnych osób. Potwierdziliśmy, że prowadzony jest niezależny audyt, firma współpracuje z odpowiednimi instytucjami i podjęła działania zabezpieczające finanse oraz jakość produktów.