Helena chwyciła syna za ramię i pociągnęła go w stronę wyjścia. Przechodząc obok mnie, szepnęła, że jeszcze będę żałować tego dnia. Nie odpowiedziałam. W tej chwili bardziej interesowały mnie przelewy niż jej groźby.

Anna czekała na mnie przy samochodzie. Wsiadłyśmy i od razu połączyła się z Pawłem.

Jego głos brzmiał tak, jakby od wielu godzin nie spał.

— To nie jest pojedynczy błąd. Mamy kopie dokumentów z kilku lat. Niektóre płatności zatwierdzono twoim podpisem elektronicznym, a pieniądze trafiały do firmy konsultingowej, z którą Medivita nigdy nie powinna była współpracować.

— Kto był jej właścicielem?

Paweł zamilkł na chwilę.

— Musisz zobaczyć oryginały. I jeszcze jedno. Ktoś próbował dziś rano usunąć część archiwum z serwera.

Pojechałyśmy prosto do siedziby firmy. Przy wejściu czekał już ochroniarz, który otrzymał polecenie zabezpieczenia dokumentacji i zablokowania dostępu byłego prezesa.

Na biurku Anny leżała koperta dostarczona przez kuriera. W środku znajdował się wydruk historii przelewów, raport logowania i fotografia starej, metalowej kasety z archiwum.

Na odwrocie fotografii ktoś napisał odręcznie:

„Nie zaczynaj od Adriana. Sprawdź najpierw, kto miał klucz do gabinetu twojego ojca”.

Podpis pod notatką należał do Pawła.

Zanim zdążyłam zapytać o szczegóły, na ekranie laptopa pojawiło się powiadomienie o nowym pliku z monitoringu.

Otworzyłam nagranie z korytarza prowadzącego do archiwum.

Na obrazie widać było osobę wchodzącą do pomieszczenia poprzedniej nocy. Kamera uchwyciła twarz dopiero przy wyjściu.

Nie był to Adrian.

Była to Helena Radecka.

CZĘŚĆ 3

Przez kilka sekund patrzyłam na zatrzymany obraz, próbując przekonać samą siebie, że rozmazana sylwetka i światło odbijające się w szybie mogą zniekształcać rysy twarzy. Kobieta na nagraniu miała ciemny płaszcz, skórzane rękawiczki i charakterystyczną broszkę w kształcie srebrnego liścia. Helena nosiła ją od lat, na każdą uroczystość, podczas której chciała wyglądać jak osoba przyzwyczajona do wydawania poleceń.

Sprawdziłam datę. Nagranie zarejestrowano o dwudziestej drugiej czterdzieści siedem, zaledwie kilka godzin przed rozprawą rozwodową. Kamera nie była jedynym urządzeniem, które zapisało jej obecność. System kontroli dostępu wykazał, że drzwi do korytarza otwarto kartą awaryjną przechowywaną w sejfie administracyjnym.

Karta nie należała do Heleny.

Oficjalnie jej użytkownikiem był mój ojciec.

Po jego śmierci karta powinna zostać unieważniona. W dokumentacji widniała jednak adnotacja o pozostawieniu jej jako narzędzia serwisowego na wypadek awarii głównego systemu. Nikt nie potrafił wyjaśnić, kto podjął tę decyzję ani dlaczego nigdy nie przeprowadzono ponownego audytu.

— Nie dotykaj już żadnych plików — powiedziała Anna, widząc, że chcę przewinąć nagranie. — Zrobimy kopię z zachowaniem całej historii dostępu. Jeżeli ktoś manipulował dokumentacją, musimy wiedzieć, co zmieniono, kiedy i z jakiego urządzenia.

Wiedziałam, że ma rację. Mimo to każda kolejna minuta budziła we mnie coraz silniejszą potrzebę natychmiastowego działania. Helena nie miała żadnego oczywistego powodu, by w środku nocy odwiedzać archiwum firmy, której formalnie nie była właścicielką. Mogła przyjść po dokumenty Adriana. Mogła próbować zatrzeć ślady jego działań. Mogła też szukać czegoś, co dotyczyło wyłącznie mnie.

Właśnie ta ostatnia możliwość nie pozwalała mi spokojnie oddychać.

Zadzwoniłam do Pawła.

Odebrał dopiero po trzecim sygnale.

— Widziałam nagranie — powiedziałam. — Co znajduje się w tej kasecie?

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Stary rejestr wydatków, kopie umów i kilka dokumentów, których Adrian nigdy nie powinien był zobaczyć. Prosiłem, żeby nikt nie otwierał jej bez obecności prawnika.

— Dlaczego Helena ma dostęp do klucza?

Paweł westchnął ciężko.

— Bo kiedy twój ojciec żył, ufał jej bardziej, niż powinien.

To zdanie zabrzmiało tak nieprawdopodobnie, że przez moment zapomniałam, co chciałam powiedzieć. Ojciec nie wspominał mi o żadnej bliskiej relacji z Heleną. Znał wielu ludzi z branży, spotykał się z dostawcami, rozmawiał z przedstawicielami banków i urzędników, ale prywatnie pozostawał ostrożny. Poza pracą niełatwo było zdobyć jego zaufanie.

— Wyjaśnij mi to — zażądałam.

— Nie przez telefon. Przyjadę do biura. Ale musisz zrozumieć jedną rzecz. To, co teraz znajdziesz, może zniszczyć nie tylko Adriana.

Rozłączył się.

Anna spojrzała na mnie uważnie.

— Nie pozwól, żeby to zdanie zdecydowało za ciebie, co zrobisz. Dowody mają wyjaśniać fakty, nie sterować twoimi emocjami.

Skinęłam głową, choć sama nie byłam pewna, czy potrafię rozdzielić jedno od drugiego.

Przez dziewięć lat małżeństwa nie traktowałam Heleny jak przyjaciółki, ale nigdy też nie podejrzewałam, że jej wpływ na Medivitę sięga dalej niż próby kontrolowania decyzji syna. Była jedną z tych kobiet, które uważały rodzinę za niewidzialną hierarchię. Najważniejsze były w niej nazwisko, status i przekonanie, że ludzie znajdujący się niżej powinni znać swoje miejsce. Jej świat miał jasne zasady: Adrian miał dziedziczyć, ja miałam wspierać, a wszystko, co zbudował mój ojciec, prędzej czy później powinno zostać uznane za część majątku Radeckich.

Nigdy nie powiedziała tego wprost. Nie musiała.