Paweł przytaknął.
— Chodziło o teren przy starej hali. Najpierw pojawiły się wyceny, potem umowa dzierżawy, a w końcu wniosek o przeniesienie praw. Formalnie wszystko miało służyć restrukturyzacji.
— A faktycznie?
— Faktycznie teren miał trafić do spółki powiązanej z Błękitną Linią, za cenę znacznie niższą od rynkowej. Potem można było sprzedać go dalej.
Przypomniałam sobie spotkanie zarządu, podczas którego Adrian przedstawiał plan optymalizacji kosztów. Mówił wówczas o nierentownych nieruchomościach, zbędnych magazynach i konieczności szybkiego uwolnienia kapitału. Sprzeciwiałam się sprzedaży hali, ponieważ mieściło się tam archiwum techniczne i część zapasowej linii produkcyjnej. Uznał, że nie rozumiem nowoczesnego zarządzania.
Wtedy myślałam, że chodzi o jego ambicję. Teraz zaczynałam dostrzegać, że każdy argument miał konkretny cel.
— Kto stoi za Błękitną Linią? — zapytałam.
Paweł przesunął w moją stronę ostatni dokument.
— Nie udało mi się ustalić tego z całą pewnością. Formalnym udziałowcem jest mała spółka rodzinna. W jej dokumentach powtarza się jednak adres, który powinien być ci znany.
Spojrzałam na ekran.
To był adres domu, w którym mieszkała Helena.
Nie odezwałam się przez dłuższą chwilę. Część mnie chciała natychmiast uznać ją za główną sprawczynię, bo taka interpretacja porządkowałaby wszystko, co do tej pory wydarzyło się w naszym życiu. Ale dowód powiązania adresowego nie był jeszcze dowodem przestępstwa. Mogły istnieć inne wyjaśnienia, choć żadne nie wydawało się szczególnie przekonujące.
Anna również nie zamierzała wyciągać pochopnych wniosków.
— Zabezpieczymy dokumenty, zlecimy niezależny audyt i ustalimy rzeczywistych beneficjentów tej spółki. Do tego czasu nikt nie powinien konfrontować Heleny bez przygotowania.
Zgodziłam się.
Przez następne godziny pracowaliśmy nad uporządkowaniem materiałów. Paweł przypominał sobie kolejne szczegóły, Anna rozmawiała z informatykami, a ja przeglądałam umowy i raporty, które niegdyś zatwierdzałam jako przewodnicząca rady nadzorczej.
Najbardziej przerażające nie było to, że ktoś mnie oszukał. Było nim odkrycie, jak wiele decyzji podejmowałam na podstawie informacji przygotowanych przez ludzi, którym ufałam.
W małżeństwie wierzyłam Adrianowi, gdy mówił, że potrzebuje większej niezależności. W firmie wierzyłam mu, gdy twierdził, że moje pytania spowalniają rozwój. Na rodzinnych spotkaniach pozwalałam Helenie budować obraz mnie jako osoby, która zawdzięcza Radeckim całe swoje życie.
Za każdym razem ustępowałam odrobinę, licząc, że dzięki temu zachowam coś ważniejszego.
Teraz nie byłam już pewna, co tak naprawdę próbowałam ocalić.
O dziewiętnastej zadzwonił telefon służbowy. Numer należał do Weroniki.
Przez chwilę zastanawiałam się, czy odebrać. Jej twarz ciągle pojawiała się przed moimi oczami w sali sądowej: spokojna, niemal obojętna, z bransoletką na nadgarstku i spojrzeniem skierowanym na Adriana. Nie wiedziałam, czy dzwoni, by się ze mnie naśmiewać, czy dlatego, że sytuacja zaczęła ją przerastać.
W końcu odebrałam.
— Nie powinnaś rozmawiać ze mną przez ten numer — powiedziała cicho.
— To ty dzwonisz do mnie.
— Wiem. Musisz mnie wysłuchać, zanim Adrian zorientuje się, że mam kopie dokumentów.
Jej głos drżał. Nie brzmiała już jak kobieta, która weszła na rozprawę w przekonaniu, że stoi po stronie zwycięzcy.
— Jakich dokumentów?
— Tych dotyczących Błękitnej Linii. Mam korespondencję, faktury i nagranie. Jeśli zostanę z tym sama, on zrzuci wszystko na mnie.
Nie odpowiedziałam od razu.
— Dlaczego miałabym ci pomóc?
— Nie proszę, żebyś mi pomogła. Proszę, żebyś poznała prawdę. Potem możesz zrobić ze mną, co uznasz za słuszne.
Wyznaczyłyśmy spotkanie na następny dzień w niewielkiej kawiarni niedaleko dworca Warszawa Centralna. Weronika nie chciała przyjechać do siedziby firmy, ponieważ obawiała się, że jej telefon jest monitorowany. Nie ufałam jej, ale wiedziałam, że odmowa mogłaby oznaczać utratę jedynej osoby, która miała dostęp do korespondencji Adriana z okresu, gdy zarządzał finansami.
Po rozmowie Anna zasugerowała, by nie traktować Weroniki jak wiarygodnego świadka, dopóki nie potwierdzimy jej słów niezależnymi źródłami.
— To, że ktoś chce ratować własną skórę, nie oznacza, że kłamie — zauważyła. — Ale nie oznacza też, że mówi prawdę.
Z tym nie mogłam polemizować.
Wieczorem wróciłam do wynajmowanego mieszkania na Żoliborzu. Nie było jeszcze urządzone. W salonie stały kartony z książkami, a na stole leżała walizka, której nie zdążyłam rozpakować. Przez okno widziałam światła sąsiednich budynków i ludzi wracających z pracy. Zwyczajne życie toczyło się dalej, jakby mój świat nie właśnie pękł na dwie części.
Wyjęłam z szuflady fotografię ojca. Stał przed pierwszą halą produkcyjną, w roboczej koszuli, z rękami ubrudzonymi smarem. Był zmęczony, ale uśmiechał się tak, jakby samo istnienie tej hali było dla niego wystarczającym powodem do dumy.
Przypomniałam sobie ostatnią rozmowę, w której powiedział mi, że przedsiębiorstwo nie jest pomnikiem, tylko odpowiedzialnością. Wówczas uważałam, że mówi o pracownikach, zamówieniach i zobowiązaniach wobec klientów. Teraz zaczynałam rozumieć, że chodziło mu również o ludzi, którym powierzamy część własnego życia.
Nie można wymagać, by firma przetrwała tylko dlatego, że nosi nazwisko jej założyciela. Musi przetrwać, ponieważ jej działalność ma sens, a ludzie, którzy za nią odpowiadają, nie traktują zaufania jak narzędzia do prywatnego wzbogacenia.
Schowałam fotografię i otworzyłam laptop.
W skrzynce pocztowej czekała wiadomość od nieznanego nadawcy. Nie zawierała tekstu, tylko załącznik oraz krótką uwagę: „Proszę sprawdzić przed spotkaniem z Weroniką”.