Załącznikiem był fragment korespondencji sprzed dwóch miesięcy. W jednym z maili Adrian pisał do osoby podpisanej inicjałami H.R.:
„Jeżeli Marta zorientuje się, co robimy, wszystko spadnie na mnie. Musimy mieć dokument potwierdzający, że wiedziała o przelewach”.
Odpowiedź była krótka.
„Nie martw się. Podpis już jest”.
Nie wiedziałam, kto wysłał mi tę wiadomość. Nie wiedziałam też, czy mail był autentyczny. Ale inicjały nie pozostawiały wiele miejsca na interpretację.
Pierwszy raz od lat poczułam prawdziwy strach. Nie przed rozwodem, utratą domu ani upadkiem firmy. Bałam się, że ktoś, kogo znałam od niemal dekady, planował uczynić ze mnie kozła ofiarnego.
I że przez własne zaufanie sama dostarczyłam mu narzędzi.
Następnego ranka Weronika siedziała przy stoliku w głębi kawiarni. Bez makijażu i eleganckiej marynarki wyglądała znacznie młodziej, niż zapamiętałam ją z sądu. Bransoletka zniknęła z jej nadgarstka. Kiedy mnie zobaczyła, schowała telefon do kieszeni i rozejrzała się nerwowo.
Położyłam na stole kopię maila.
— Co oznaczają inicjały H.R.?
Jej twarz pobladła.
— Helena.
Nie zaprzeczyła ani nie próbowała udawać, że nie wie, o co pytam.
— Jak długo wiedziałaś o przelewach?
— Od początku nie znałam całego obrazu. Adrian powiedział mi, że firma korzysta z usług zewnętrznego doradcy i że wszystko jest legalne. Zajmowałam się komunikacją, nie księgowością.
— A bransoletka?
Weronika zacisnęła usta.
— Kupił ją z firmowej karty. Powiedział, że to prezent od klienta, ale później zrozumiałam, że pieniądze pochodziły z jednego z przelewów. Próbowałam oddać ją do sklepu. Nie przyjęli zwrotu, więc zostawiłam ją w domu.
Jej wyjaśnienia mogły być prawdziwe, ale wciąż nie odpowiadały na najważniejsze pytanie.
— Dlaczego nagle postanowiłaś mnie ostrzec?
Weronika spojrzała na ulicę, za którą przesuwały się autobusy i samochody.
— Bo wczoraj wieczorem usłyszałam, jak Adrian rozmawia z matką. Powiedział, że jeśli pojawią się pytania, wszystkie dokumenty pokażą, że to ty zatwierdzałaś przelewy. Helena odpowiedziała, że mam potwierdzić jego wersję i nie mówić nikomu o archiwum.
— A ty się przestraszyłaś.
— Tak.
Nie próbowała przedstawiać się jako bohaterka. To akurat sprawiło, że jej słowa zabrzmiały bardziej wiarygodnie.
Wyjęła z torby pendrive i położyła go na stole.
— Mam kopię maili oraz rozmowę, którą nagrałam w zeszłym tygodniu. Nie wiem, czy nagranie będzie można wykorzystać w sądzie, ale słychać na nim, że Adrian wiedział o fałszywych fakturach. W jednym miejscu mówi też, że nie zamierza pozwolić, żeby matka sama zdecydowała, komu przypadną udziały.
— Jakie udziały?
— Nie wiem. Wspomniał o dokumentach związanych z dawną halą. Potem powiedział, że jeśli transakcja się nie uda, musi mieć plan awaryjny.
Zapisałam godzinę i miejsce, w którym spotkałyśmy się, oraz spisałam jej oświadczenie. Nie obiecałam, że uniknie odpowiedzialności. Powiedziałam tylko, że przekażę materiały prawnikom i biegłym rewidentom.
Weronika skinęła głową, jakby spodziewała się właśnie takiej odpowiedzi.
— Jest jeszcze coś — dodała, zanim wstała. — Adrian nie boi się, że straci stanowisko. On boi się, że ktoś znajdzie dokument, który pokazuje, kto naprawdę założył Błękitną Linię.
Po jej odejściu wróciłam do biura i od razu przekazałam pendrive Annie. Zabezpieczenie danych trwało kilka godzin. Kiedy wreszcie otrzymaliśmy dostęp do kopii, okazało się, że wiadomości Weroniki pochodziły z konta firmowego Adriana, a ich daty i nagłówki zgadzały się z logami serwera.
Na nagraniu jego głos był wyraźny.
„Matka nie może mieć wszystkiego. Jeśli sprzedaż się powiedzie, dostanie swoje pieniądze, a ja odzyskam kontrolę. Jeśli nie, Marta poniesie koszty. Tak czy inaczej, nie zamierzam zostać z niczym”.
W dalszej części nagrania pojawiło się nazwisko nieznanej mi osoby oraz data spotkania w kancelarii notarialnej.
Zadzwoniłam do Anny.
— Musimy ustalić, co wydarzyło się tego dnia.
— Już sprawdzam — odpowiedziała. — Ale zanim to zrobimy, powinnaś wiedzieć, że otrzymaliśmy odpowiedź z banku. W przelewach nie użyto wyłącznie twojego podpisu. Część transakcji zatwierdzono urządzeniem przypisanym do konta Adriana.
To był pierwszy dowód, który jednoznacznie łączył go z operacjami finansowymi.
Jednocześnie pojawił się nowy problem. W dokumentacji bankowej część płatności miała status zgodnych z wewnętrzną procedurą. Jeśli ktoś zaprojektował oszustwo, zrobił to tak, by przez długi czas wyglądało jak zwyczajna działalność firmy. Nie wystarczało więc wykazać, że pieniądze przepływały do powiązanej spółki. Musieliśmy dowiedzieć się, kto wydawał polecenia, kto je zatwierdzał i kto ostatecznie korzystał z uzyskanych środków.
Anna zleciła niezależnemu audytorowi prześledzenie rachunków Błękitnej Linii. Równocześnie rada nadzorcza formalnie powołała zespół kryzysowy, którego zadaniem było zabezpieczenie dokumentów, sprawdzenie transakcji oraz zapewnienie ciągłości produkcji. Nie zamierzaliśmy jeszcze publicznie ogłaszać podejrzeń. W pierwszej kolejności należało ustalić, czy pieniądze zostały wyprowadzone z firmy w sposób, który można udowodnić.
Wieczorem dostałam telefon od nowego pełniącego obowiązki prezesa, Tomasza Burego, wieloletniego dyrektora zakładu produkcyjnego.
— Mamy problem z dostawcą części do najnowszej serii urządzeń diagnostycznych — powiedział. — Umowy wskazują, że wszystkie elementy zostały sprawdzone, ale dokumentacja jakościowa nie jest kompletna.
Poczułam, jak zmienia się ciężar tej sprawy.
— Czy urządzenia zostały wysłane do klientów?